był nieco stresujący dzień. Z samego rana pognałam z moim ciśnieniomierzem do rodzinnej, posadzili mnie na ergometr, I wszystko jak trzeba. 175 wat, a najwyższe ciśnienie miałam 156 na 85, tętno oczywiście do 130, ale szybko odpoczywam i wszystko dochodzi do normy. Mam ponoć nieco niski puls, tu ukłon w stronę betablokera, ale też stosunkowo niskie ciśnienie. Co takie 2,5 miligrama Bizoprololu zdziałać mogą, nie do uwierzenia.
Ale, że... obciążenie genetyczne, to dostane po Wielkanocy EKG na 25 godziny, i do kardiologa mam pójść z tym wszystkim; muszę zrobić sobie ten termin na wizytę, w Hirschaid tym razem. Na echokardiografię. Tak o na wszelki wypadek. I w naczynia szyjne ma mi sonograficznie zajrzeć.
Przy następnej kontroli krwi, HbA1c, długoterminowy poziom cukru. Też mam cukier w porządku, znaczy na czczo, ale obciążenie genetyczne, a czego najbardziej się boję, to cukrzyca za ileś lat, działanie się w palce i jeszcze być może, insulina na dokładkę. Tego w życiu i nigdy, bo ja nie dam rady sama się kaleczyć.
Jednym zdaniem, lekarka stawia mnie na przysłowiowej głowie, aby wszystko wybadać i ucieszyć się z super wyników.
To był pierwszy akt. Pognałam do domu pod prysznic, po czym zaprzęgłam moją Fabię i pojechałam do Bad Staffelstein, do akustyczki, z moim aparatem słuchowym, na obligatoryjną, co kwartalną kontrolę. Na życzenie podglosnila mi trochę, ale chyba dam znowu ściszyć, bo mi telewizor skrzeczał.
Z Bad Staffelstein pojechałam kilka kilometrów dalej, przepisać u ortopedy skierowanie do neurologa, bo nowy kwartał. 11 kwietnia mam w Bamberg ową wizytę u neurologa, będzie mi mierzył te impulsy i przepływ w moich otępiałych i w niektórych palcach nieczujących rąk.
Jak już tam byłam, a Lichtenfels lubię bardzo... niestety czas mnie gonił, i znowu nie miałam szans podskoczuc do Michelau, ponoć świetny sklepik wełniany tam jest... ale trudno, inną razą, że tak powiem.
Z powrotem w Zapfendorf, pognałam na fizjoterapię, tym razem masaże odcinka szyjnego, szczególnie lewa strona.
Na fizjo mam bliziutko, nawet nie 10 minut piechotą, więc szybko byłam z powrotem, zjedliśmy coś w sensie małego obiadu- pieczone kartofle, jajka, trochę sałaty, i zaczęliśmy się zbierać do kościoła.
Świątynia była pełna, zabrakło śpiewników, przypomniało mi się, że już dawno miałam sobie zamówić tutejszą diecezjalną wersję Gotteslob, bo moje obie, jedna pierwszokomunijna syna, druga z większym drukiem po mamie, są z Hildesheim, I mają inna wersję późniejszych, końcowych pieśni.
Msza z chorągwiami i fanfarami. Potem poszliśmy pod pomniki, pierwszy to ofiar wojny, do których zalicza się i tych 23 zabitych 1 kwietnia 1945 mieszkańców wsi. Mszę celebrował dwóch księży, jeden z nich miał wtedy rok, i w ten dzień zabito jego ojca i brata bliźniaka.
Potem udaliśmy się pochodem w kierunku dworca, gdzie stoi trochę dziwny pomnik ku pamięci, i dobrą tablica informacyjna o wydarzeniu.
Na sam koniec odbyło się jeszcze spotkanie z poczęstunkiem dla wszystkich w domu parafialnym, to ten z prawej, ale nie mieliśmy już sił na resztę, poszliśmy do domu, w ciepłe,
Mirka też już znudzona czekała na nas.
Mimo tych wszystkich terminów, wypraw i wrażeń, i zwiazanego z tym zmeczenia, długo wieczorem nie mogłam zasnąć, I czytałam do późno w nocy. Tegoroczne przestawienie czasu na letni dalo mi w kość, jak nigdy do tej pory.