czwartek, 3 kwietnia 2025

Dzień dobry słonecznie

Wczoraj pogrzebane w ogródku, posadziliśmy kilka krzewów, w tym i agrest, i inne kolorowo kwitnące rośliny, aby pszczoły i inne owady miały radochę, a i nas oko cieszyło. 

W słońcu jest ciepło, wieczorami gryzie chłodek. Pożegnałam ciepły sweter, wybrałam ręcznie, wysuszyłam na płasko @Gackowa. Jak skończę szał, wezmę się za kolejny kłębek od Ciebie, bo te swetry to wspaniała sprawa. 

 Trochę ogarniam chałupę, z odkurzaniem poczekam na pokrojenie chleba na kromki; zapas jest mrożony. Najlepszy chleb tutaj jest z Ützing, piekarnia jest niedaleko tego sklepiku z wędlinami, mydłem i powidłem, czyli szału na kółkach.  Dwa razy w tygodniu Schauer wysyła swoje wypieki w podróż po wioskach, i wczoraj pod ewangelickim kościołem dorwałam to chlebowe koło w ćwiartkach. 




środa, 2 kwietnia 2025

Wczoraj

był nieco stresujący dzień. Z samego rana pognałam z moim ciśnieniomierzem do rodzinnej, posadzili mnie na ergometr, I wszystko jak trzeba. 175 wat, a najwyższe ciśnienie miałam 156 na 85, tętno oczywiście do 130, ale szybko odpoczywam i wszystko dochodzi do normy. Mam ponoć nieco niski puls, tu ukłon w stronę betablokera, ale też stosunkowo niskie ciśnienie. Co takie 2,5 miligrama Bizoprololu zdziałać mogą, nie do uwierzenia. 
Ale, że... obciążenie genetyczne, to dostane po Wielkanocy EKG na 25 godziny, i do kardiologa mam pójść z tym wszystkim; muszę zrobić sobie ten termin na wizytę, w Hirschaid tym razem. Na echokardiografię. Tak o na wszelki wypadek. I w naczynia szyjne ma mi sonograficznie zajrzeć. 
Przy następnej kontroli krwi, HbA1c, długoterminowy poziom cukru. Też mam cukier w porządku, znaczy na czczo, ale obciążenie genetyczne, a czego najbardziej się boję, to cukrzyca za ileś lat, działanie się w palce i jeszcze być może, insulina na dokładkę. Tego w życiu i nigdy, bo ja nie dam rady sama się kaleczyć. 
Jednym zdaniem, lekarka stawia mnie na przysłowiowej głowie, aby wszystko wybadać i ucieszyć się z super wyników. 


To był pierwszy akt. Pognałam do domu pod prysznic, po czym zaprzęgłam moją Fabię i pojechałam do Bad Staffelstein, do akustyczki, z moim aparatem słuchowym, na obligatoryjną, co kwartalną kontrolę.  Na życzenie podglosnila mi trochę, ale chyba dam znowu ściszyć, bo mi telewizor skrzeczał. 


Z Bad Staffelstein pojechałam kilka kilometrów dalej, przepisać u ortopedy skierowanie do neurologa, bo nowy kwartał. 11 kwietnia mam w Bamberg ową wizytę u neurologa, będzie mi mierzył te impulsy i przepływ w moich otępiałych i w niektórych palcach nieczujących rąk.  

Jak już tam byłam, a Lichtenfels lubię bardzo... niestety czas mnie gonił, i znowu nie miałam szans podskoczuc do Michelau, ponoć świetny sklepik wełniany tam jest... ale trudno, inną razą, że tak powiem. 


Z powrotem w Zapfendorf, pognałam na fizjoterapię,  tym razem masaże odcinka szyjnego, szczególnie lewa strona. 


Na fizjo mam bliziutko, nawet nie 10 minut piechotą,  więc szybko byłam z powrotem, zjedliśmy coś w sensie małego obiadu- pieczone kartofle, jajka, trochę sałaty, i zaczęliśmy się zbierać do kościoła. 
Świątynia była pełna, zabrakło śpiewników, przypomniało mi się, że już dawno miałam sobie zamówić tutejszą diecezjalną wersję Gotteslob, bo moje obie, jedna pierwszokomunijna syna, druga z większym drukiem po mamie, są z Hildesheim, I mają inna wersję późniejszych, końcowych pieśni. 







Msza z chorągwiami i fanfarami. Potem poszliśmy pod pomniki, pierwszy to ofiar wojny, do których zalicza się i tych 23 zabitych 1 kwietnia 1945 mieszkańców wsi. Mszę celebrował dwóch księży, jeden z nich miał wtedy rok, i w ten dzień zabito jego ojca i brata bliźniaka. 


Potem udaliśmy się pochodem w kierunku dworca, gdzie stoi trochę dziwny pomnik ku pamięci, i dobrą tablica informacyjna o wydarzeniu. 










Na sam koniec odbyło się jeszcze spotkanie z poczęstunkiem dla wszystkich w domu parafialnym, to ten z prawej, ale nie mieliśmy już sił na resztę, poszliśmy do domu, w ciepłe, 
Mirka też już znudzona czekała na nas. 

Mimo tych wszystkich terminów, wypraw i wrażeń, i zwiazanego z tym zmeczenia, długo wieczorem nie mogłam zasnąć, I czytałam do późno w nocy. Tegoroczne przestawienie czasu na letni dalo mi w kość, jak nigdy do tej pory. 

wtorek, 1 kwietnia 2025

Nie zapomnieć...

 Dzisiaj rano w Zapfendorf, krótko po wpół do dziewiątej rano. 


1 kwietnia 1945 roku, koniec wojny blisko, a to była niedziela wielkanocna, krótko po wpół do dziewiątej rano i właściwie wszyscy w kościele pod wezwaniem Św. Piotra i Pawła, gdy nagle alarm lotniczy, Amerykanie bombardują dworzec w Zapfendorf, odstawiony na boczny tor pociąg z amunicją, w którym miały być też i głowice rakiet V. Wagony całe i w kawałkach lecą aż do lasu, a niektóre osie ryją w sąsiedniej wsi i do dzisiaj używane są jako kowadła, bo nie szło nigdy wyciągnąć je z ziemi. Ginie 23 ludzi, 163 domy, 100 stodól i masa innych przybudówek zostaje zrównana z ziemią. Dlatego co roku o tej porze, i tak długo, jak trwało bombardowanie, biją dzwony Świętego Piotra i Pawła.
Moja teściowa ma wtedy 4½ roku, od lutego 1945 rodzina jest w Zapfendorf, uciekli przed Czerwoną Armią z Pomorza, i jak mówiła, na dworcu w Berlinie ukradziono im ostatnią pościel, nie mają praktycznie nic, niewiele, i to teraz też tracą, łącznie z nędznym dachem nad głową. 
Dzisiaj wieczorem msza w kościele, tym samym, odbudowanym. Niestety jeden z ostatnich świadków historii, Gunda Schaller, wtedy 14- latka, zmarła zeszłego lata. 

Mój dzień dzisiaj jest nieco sportowy, z lekarzem, akustykiem, przepisaniem skierowania do neurologa, fizjoterapią... ale od wpół do szóstej wieczorem będę uczestniczyć we wszystkim ku pamięci. 

poniedziałek, 31 marca 2025

Urlop

Wykaraskałam się z wirusów, te 2 tygodnie zwolnienia byly na to faktycznie konieczne, nowa lekarka miała rację. Mam uczucie, że dobrze do niej trafiłam, jest wedle mojego odczucia tak samo dobra, jak "mój" Kazach w Eschershausen. 

W każdym razie, od tygodnia test na wirusy był negatywny, ale kichałam, smarkałam i kaszlałam jeszcze całkiem do rzeczy. Od 3 dni i z tym spokój. 

Teraz mam 2 tygodnie urlopu, taki domowy urlop, wiadomo co znaczy, ale będę też wypoczywac. Dużo czytać. Robić na drutach, z poncza zostały mi 2 motki, bo 3 wystarczylu, nie wiem, jak oni to liczyli, definitywnie za dużo, ale welenka miła, to będzie z reszty fajny szal czy chusta dookoła szyi. 

W tym momencie siedzę u lekarki, dostaję zaraz holter ciśnieniowy, jutro oddaje plus ergometr. Z ciśnieniem tętniczym  to mam tak, że od jakichś 15, 20 lat biorę homeopatycznaą dawkę Bizoprololu, 2,5 miligrama raz dziennie, rano. Jako nastolatka miałam podwyższone ciśnienie, które samo się unormowało, a potem znowu jakoś podpadłam ciśnieniowo podczas wizyt u rodzinnego i przy obligatoryjnych pomiarach. Aktualnie i od wielu lat mam raczej niskie ciśnienie, ale tabletkę mam brać, żeby takie pozostało. Także z powodu genetycznego, moja mama od wczesnej młodości miała nadciśnienie, i na koniec Morbus Binswanger,  co było katastrofalne w skutkach. Odstawienia tego Bizoprololu odradzał mi i Kazach, i ci nowi tutaj. Tak więc, dam teraz to przetestować, przejadę na rowerku i zobaczymy, co wyjdzie, dobrze, że kolanem dam radę. 

Wczoraj wieczorem bylismy w kinie, ja, Arleta, Jola, i Tobi, bo jednak zdążył na czas z zebrania kolejarzy w Breitengüssbach,  co mnie ucieszyło, ponieważ film, na który się wybierałyśmy, "Heldin", czyli Bohaterka, produkcja szwajcarska, pokazała jeden popołudniowy dyżur Florii, pielęgniarki na onkologii. Tak bez upiększeń, i tak jak dyżury w szpitalu przebiegają. Od pełnego pampersa starszej pani i placków przed łóżkiem. Ze wszystkimi pacjentami, pytającymi o wszystko, a najczęściej o to, kiedy zjawi się u nich lekarz, który akurat jest na izbie przyjęć albo stoi przy stole operacyjnym. Telefony różnych ludzi, pytających o sorry, pierdoły, szukających zaginionych majtek mamy i innych okularów do czytania  po wypisie. Naokoło dzwoniący telefon w kieszeni, nowi pacjenci, przygotowanie do tomografii, transport na blok op i z powrotem, w międzyczasie zgon, ale reanimacja, bo nie ma testamentu pacjenta i rozporządzenia, wyprawa do piwnicy/ patologia, bardzo dręczącą rodzina, problemy z życia pacjentów,  a także, co będzie ze starym psem, jak umrę-  starszy pan ma nowotwora i wie, że ma niedużo czasu. 

Arleta i Jolka z grubsza temat znają, a Tobi był wstrząśnięty. Co prawda wie z moich opowiadań, jak drzewiej bywało, jak ja sama z 45 a czasami i więcej pacjentów, w tym świeżo operowani i oczywiście nowoprzyjęcia całą noc. Do dzisiaj mam ten "rachunek sumienia", przedstawiony nowemu szefowi. 10 godzin dyżuru, 48 pacjentów. 600 minut podzielić przez 48 (a częściej i więcej pacjentów) wynosi 12,5. MINUT dla JEDNEGO pacjenta, przez cały dyżur,  na WSZYSTKO, co związane z tym pacjentem i jego pielęgnacją.  Oczywiście z tych 12,5 minut od łebka odbieram kazdemu czas na właśnie nowoprzyjętych i inne prace. I mam 45 minut przerwy, którą poświęcam na pracę, ale zyskuję przez to akurat niecałą minutę, dokładnie 56,25 sekund dla każdego, więc w sumie nie opłaci się poświęcać przerwy, bo nic nie nadgonię, ale i tak nie mam szans na przerwę,  więc... 

Przekazanie dyżuru następnej, rannej szychcie, to 15 minut. 15÷ 48= 18,75 sekund. Tyle czasu mam teoretycznie na przekazanie pacjenta ustnie w ramach raportu. Idzie? Musi. 

0

W ciągu kilku dni przywrócono na oddziale starą metodę bycia we dwoje na nocnych dyżurach, co nie było luksusem. 

O czymś podobnym jest Bohaterka. Polecam. 



wtorek, 25 marca 2025

Ponczo

Wygląda tak: 


W sumie prostokąt o wymiarach 70x 150 cm, 4 prawe, 4 lewe oczka, zszyć, dorobić koło szyi, ja doszyłam dla ozdoby 3 pasujące guziki, otrzymane kiedyś od Gackowej. A tak o po prostu. 

Kolor wełny spodobał mi się w internecie, to BellaLana.