Co poza tym. Mieliśmy gościa na nocowanie, kumpel Christian z Westfalli, podczas zawodowych podróży wzdłuż i w poprzek Bawarii wstąpił do nas. Bardzo przyjemny gość. Wczoraj wieczór z grillem plus sałatki, w tym kolejna ziemniaczana*, dzisiaj śniadanie na bogato, z bułkami z piekarni, müsli na jogurcie, jajkami na miękko; kumpel niestety do ostatniej diagnozy dny moczanowej dołączył jeszcze cukrzycę i leci na Jardiance. Kurcze no. Ponoć komplikacja pokowidowa.
*Sałatek ziemniaczanych zrobiłam od czwartku wieczora do wtorku rano dokładnie 3. Najpierw na odwiedziny pierwszomajowe, przyjechali zapowiedzeni goście Elli i Norbert spod Soest, było cudownie, ale krótko, bo tylko do soboty wieczorem. Sałatce ziemniaczanej daliśmy jednak radę. W międzyczasie zapowiedział się Christian, ale tylko mailowo u Tobiego, i Tobi przekazał mi, że Christian będzie z poniedziałku na wtorek. Tak więc, w niedzielę wieczorem zrobiłam kolejną sałatkę ziemniaczaną, aby do poniedziałku wieczora "przeszła", na kolejne planowane grillowanie. Do tego miałam w poniedziałek dyżur popołudniowy z opcją wyjścia wcześniej, ale nie przed godziną 20:30, więc mówię Tobiemu, jak Christian już będzie, to zaczynajcie tego grilla, ja tam gorących steaków nie muszę jeść, sałatki, w tym ta kolejna ziemniaczana są w lodówce, nie zapomnij ich, ale daj znać, kiedy Christian już dotrze. Poszłam pracować. Wiadomość od Tobiego pod wieczór: pomyliłem się, Christian przyjedzie dopiero jutro! Noszsz, zdaj się na chłopa, co robić, mięso rozmrożone, czy wytrzyma 24 godziny, sałatka ziemniaczana powinna, inną zieloną jedynie pokroiłam, ale dressing jeszcze nie wlany... hm, powinno wytrzymać. W tym czasie Tobi szybko pomyślał i pisze, będzie grill, zaprosił Arletę z synem, też super, ja więc nadal pracuję nad szybszym fajrantem, system ten sam, zacznijcie grillować i zostawcie mi tam resztę, mogę jeść nie gorące, I faktycznie przed godziną 21 byłam w domu na tarasie, posiedzieliśmy jeszcze w czwórkę jakąś godzinę, porozmawialiśmy, słodkie wino, pogoda łaskawie ciepła, super zakończony wieczór. Co mnie nie zwalnia od kolejnego grilla dzień później, i kolejnej sałatki ziemniaczanej, bo w ten wieczór daliśmy jej też radę. Ok, nie robię za każdym razem jej dużo, ot taka średnio duża salaterka. Tak więc, we wtorek wczesnie rano powtórka, gotuję ziemniaki, marchewkę, kraje cebulę, ogórki konserwowe, płuczę groszek... a wcześnie, bo o 9:30 miałam termin u audiologa w Bad Staffelstein, do tego chciałam przed 10 być na poczcie, zakupy... o 14 na szpitalne sporty; z wieczornego w hali sportowej z powodu grillowania zrezygnowałam profilaktycznie.
Dzisiaj używam wolnego dnia, oczywiście zawsze coś do roboty jest, wyprałam, wysuszyłam, potem nieco wyprasuje, gulasx gotowy, kluski wylepione, tylko do wrzątku wrzucić, dzisiaj późniejszy obiad. Byłam już na kawie u Arlety, bo ona też ma wolne, czytam książkę, długie na drutach skarpety, rozkminiając symetrię wzoru. W międzyczasie pisze na messengerze z nowopoznanym, że tak to określę, kuzynem drugiego stopnia z Bielefeld.
A to znowu było tak. 3 dni temu, grzebiąc się na fejsie, mignęło mi podwójne imię i nazwisko, które jest moim panieńskim, i miejsce zamieszkania Bielefeld. Pan rok ode mnie młodszy. Hm, niewiele myśląc, wystosowałam do niego zaproszenie do znajomych i krótką wiadomość:
"Witaj, jesteś z Bielefeld i nosisz nazwisko, które jest moim rodzinnym, więc jeśli jesteś synem Herberta, a wnukiem Manfreda, męża Gertrud, to jesteś moim kuzynem drugiego stopnia, bo ja jestem córką Heinza, wnuczką Alberta, a nasi dziadkowie byli braćmi ".
Odpowiedź nadeszła szybko, ale z korekturą, że on jest wnukiem Bernharda, ale reszta się zgadza.
Pomyliłam imiona, Bernhard zmarł w 1977 roku, nie znałam go, między nami było 1000 km i dwie granice.
Podwójnoimienny nowy kuzyn poleciał na drugi dzień do ojca, przekazać mu wiadomość o moim istnieniu. Nowy kuzyn zachwycony moimi wiadomościami na temat naszych przodków. Albert i Bernhard mieli jeszcze jednego brata w Berlinie (Zachodnim), o imieniu Bruno. Ten zmarł pod koniec lat 70tych.
Internetową drogą przesłałam nowemu kuzynowi kilka zdjęć, jedno ma do przerobienia z ojcem, bo jednej osoby nie umiem zidentyfikować, jedynie domysły, jest to czarnobiała fotografia, prawdopodobnie tak samo stara, jak ja.
I idę poszukać szczególnej fotki w moich wielu albumach na twardym dysku. Nie wiem, ile lat temu, będąc w Rudziczce, gdzie wszyscy młodzi wtedy jeszcze bracia mieszkali, dwóch z nich już z żonami, znalazłam miejsce starego ewangelickiego cmentarza. Nasza rodzina, dziadkowie, byli katolikami, ale Gertrud, babcia nowego kuzyna, była ewangeliczką, i "przekabaciła" potomków, znaczy Herberta, rocznik 1949, i córkę Christę, rocznik 1947, oboje urodzeni już po wojnie w Bielefeld, po wysiedleniu rodziny na zachód. Przed tymi dwojga Gertrud miała pierwsze dziecko. Nie znam żadnych dat, nie jestem nawet pewną płci, imię to też zagadką, ale zdaje mi się, że słyszałam kiedys, że to był chłopczyk, zmarł maleńki jeszcze podczas wojny i został pochowany na tym właśnie wiejskim, małym ewangelickim cmentarzu.
Po wojnie wszystko, co było poniemieckie a jeszcze gorzej bo ewangelickie, zrównano z ziemią, zlikwidowano cmentarz, była na nim baza pegeerowskich traktorów. I tylko raz mój tato wspomniał, o, tam pod tymi traktorami, jest też pochowane dziecko, mój mały kuzynek. Miałam wtedy może z 10 lat.
Jakieś 20 lat temu, podczas pobytu tam stwierdziłam, że traktory zniknęły, pegeerowskich już dawno, i stoi pomnik ku pamięci tam pochowanych byłych mieszkańców wsi, i ustawione są też resztki dawnych nagrobków. Tego zdjęcia będę szukać. Nie zdaje mi się, żeby Herbert i Christa nie wiedzieli o istnieniu starszego rodzeństwa, ale wszystko możliwe, te matki wtedy umiały milczeć o swoim bólu. Nowe, lepsze życie, wiele się z dawnego nie chce przywoływać, ale pamięć zostaje. Być może, istnieją jednak jeszcze jakieś metryki tego dziecka, może Gertrud miała coś ze sobą podczas wysiedleń. Kolejna część życiowego puzzle.
Gertrud zmarła w 2014 roku, przeżyła ponad 90 lat.
