sobota, 21 marca 2026

176. I tak

nadejszła ta chwila, pojechałam z samego ranka na targi wełny do Hirschaid,  z Gundi. Z tą Gundi, o której pisałam w styczniu. Zanim rozwiedziony, to owdowiala druga żona nielubianego kuzyna Tobiego. Gundi jest wspaniałą babką, i duuużo wełny przerabia, poza tym szyje. Mieszkamy dosłownie 20 kilometrów od siebie, i jakoś niedołężnie nam ten kontakt się układa, no kurczę blade, pora to zmienić, pomimo pracy i tysiąca spraw na glowie z mojej strony. Gundi ma 64 lata i jest wcześniejszą emerytką. 

Tak więc przybyła do mnie rano z żelami różnej maści, takimi do smarowania na chleb, likierem z magnolii i topinamburem do przegryzienia. Poznała się z Mirką. Porozmawiała z Tobim, po czym ruszyłyśmy do Hirschaid. 


Targ odbywał się w hali sportowej, czyli nie był powierzchniowo duży, ale towaru było sporo. 


Ciekawy kubraczek. Zwracałam uwagę na własnoręcznie dzierganie części garderoby. 


Bobbels. Idealbe na szale i chusty. Niestety nie przyjęły się te składające się z jednego dużego bobka i takich samych dwóch mniejszych, idealne do zrobienia z nich swetra z takimi samymi rękawami, na przykład raglanem czy z okrągłym karczkiem. 



To bardzo specjalny sweter, ganseys, dziergany z angielskiej wełny dla angielskich rybaków, wszystko w nim przemyślane, np te kliny pod pachami, czy gładko na brzuchu, gdzie najczęściej soe przeciera- aby zreparowanie było latwe.  Sweter dzierga pan nazywający się www.neadle-bear.com; cena zapierająca. 
9

Płaszczyk wróżki. Przepis na niego pani miała na metce z boku. 


Tutejsza wełna frankońska. Świetna na swetry, na skarpety raczej nie. 



Przewijanie wełny z pasem na bobki. 


A to moja skarpetkowa. 


Ta pani nie zdążyła chyba jeszcze sobie udziergać skarpet, bo latała na bosaka. 


Bobkujemy. 


Różne znaczniki do wełny,mnie zaciekawiły bardziej te raglan, bo ja czasami i od jednego oczka na rękaw zaczynałam, i wychodziło foremnie. 


Gręplowanie. A z tego woreczka z niepraną jeszcze wełną pachniało jak wakacje u babci w kieleckim. 


Kołowrotki w ruchu. 


Można było usiąść na chórze, patrzeć z góry i dziergać przy tym. Mała gastronomia też była. 



Tutaj Gundi bobkuje moja wełnę skarpetkową.  





Wrzuciłam towar na druty, też tam nabyte; teraz dzierga się na takich pokrzywionych, bo to lepiej dla rąk. Oficjalna nazwa: Addi Crazy Snake. Przypomniało mi się, jak zaczęłam robić skarpety, bo nauczyłam się robienia pięty; po jakimś czasie moje druty były powyginane, ale dobrze leżały w dłoniach. Opowiedziałam o tym Gundi, też się śmiała, że teraz za gotowe pogięte po 9 euro obie wyłożyliśmy. 


Siedzenie na balkonie, spoglądanie na wszystko z góry i dzierganie. 


Odkryłam płaszczyk comodo, który dziergałam już dwa razy, z dziesięć lat temu. Taki delikatny też świetnie się prezentuje. 


I jeszcze więcej kołowrotków. 


Pięknie, c'nie?


I znowu piękne, własnoręcznie udziergane wdzianko. 


I kręcimy te wełniane bobki. Nie posiadam tej maszyneria, ale Gundi oczywiście tak. 


Tu kręci mi kolejny bobek. 




Ta młoda damaucieszyla się z pokazania jej przez Gundi, jak ta maszynka działa. 


Bluzeczka w kotkowe wzorki. 


Tyle mojego targowego urobku dowiozłam donaszej biblioteki, bo oczywiście wracając z powrotem i odwiezieniu Gundi do domu, wstąpiłam pochwalić się.  I naprawdę kupiłam tylko te dwie wełny, i te nowoczesne druty. 


Jutro wyprawa do Bamberg na targi zdrowotne 😅