Fiona Isabell jest dopiero tydzień na tym świecie, a że ja nie zeszłam z tego świata na jakiś szlag, to tylko mojemu zdrowemu sercu zawdzięczam. W styczniu byłam u kardiologa i wiem, że serce mam naprawdę zdrowe, a chodzę raz na rok z powodu rodzinnej lekarki, która mnie tam wysyła z powodów rodzinnego obciążenia.
No więc tak to było. Jako, że Fiona na ostatnich metrach przyjścia na świat owinęła sobie pępowinę wokół ramienia, wyciągnięto ją ssakiem. Główka nawet nie spuchnięta, lekki siniak, już zszedł. Biedna moja drobna synowa, tego sprzętu między nogami to sama bym sobie też nie życzyła.
Ok. Mała wrzeszczy, ssie jak ssak, wali w pampersy, śpi i znowu wrzeszczy za piersią. Przy którymś szerokim rozwarciu małej paszczy dopatrzono się maciupciego ząbka, górna szczęka lewa strona. Perełka.
O kurczę, pomyślałam, zabobonnie to szczególne dziecko i jeszcze można się z czymś liczyć. Poza tym laleczka. Powiedziałam dzieciakom tym większym, znaczy rodzicielom małego wampirka, że na tym świecie to trzeba czasami gryźć profilaktycznie i po temu jej ten ząb potrzebny. Notabene to nie mleczak, musi ustąpić miejsca, no ale wsio rybka, lecimy dalej.
Po tym ssakowym rozwiązaniu w piątek nazywało się, że Sol i mała zostaną przez weekend w szpitalu, a w poniedziałek do domu. Problemów jakichś z tego ssaka ani u dużej, ani u małej nie było.
Nadszedł poniedziałek, i wiadomość, dzisiaj nie do domu, mała ma jakiś szmer w sercu, wyjdzie we wtorek przez kardiologa, po drodze zrobią jej echo serca. Poza tym nic jej nie brakuje, różowa jak świnka, usteczka, paznokcie, nawet jak się drze. Hm.
Dziecinny kardiolog wybadał anomalię zastawki między lewą komorą serca a aortą. Zastawka ta wygląda normalnie jak gwiazda Mercedesa, trzy skrzydełka, Fiona ma dwa, czyli jak usta. Ale zastawka działa, zamyka się szczelnie, ot taki humor natury, dzieje się to w 21 dniu po zapłodnieniu, że trzecie skrzydełko się nie odkleja i są potem tylko dwa.
Wczoraj wygrzebałam z dawnych pracowych czeluści pewnego dawnego i wtedy świeżo wystudiowanego młodego lekarza, którego drogi po naszym w międzyczasie nieistniejącym szpitalu w Dolnej Saksonii poprowadziły dalej na północ Niemiec, do Bad Rothenfelde, do kliniki sercowej, gdzie się wyspecjalizował, po czym poszedł dalej i kieruje oddziałem. Nazywa się to tutaj Oberarzt. Taka ważna persona z szeregowego świeżo upieczonego lekarza ze strefy Gazy, jest Palestyńczykiem. W każdym razie, miałam kontakt facebookowy, i napisałam do niego, mój numer telefonu i prośbę, Emad, zadzwoń do mnie jak najszybciej, proszę.
Zadziałało jak podczas naszych dyżurów nocnych, Emad wiedział, że może mi zaufać, iść spać i nie musi siedzieć i czuwać, ale jak ja dzwonię, to musi szybko reagować.
Oddzwonił zaraz po pracy i uspokoił mnie niesamowicie, mówiąc, że to taki wybryk natury, ale dopóki ta zastawka działa, i dziecku nic nie jest, znaczy to, że jest szczelna i ok. Że być może nie będzie uprawiać sportów wyczynowych, ale czy musi? Nie. Ludzie z normalną zastawką też czasami w młodym wieku potrzebują nowej, bo pomimo trzech skrzydełek nieszczelna, więc dopóki ta "ustowa" się regularnie i szczelnie zamyka, jest świetnie. Oczywiście trzeba o tym pamiętać i czasami coś tam zbadać czy przepatrzyć u doktorów, ale to wszystko. Poza tym, Lucy, jak trzeba, zawsze jestem dla ciebie i dla was.
Bogu dzięki, czy inshallah 🙏
Dzieciakom to telefoniczne konsylium przekazałam, uspokoiło ich to dodatkowo i nieco byli zaskoczeni, że ja takiego fachowca na cito z rękawa wytrząsnęłam. Zdarza się.
Lecimy dalej. We wtorek wieczorem telefonowaliśmy, dziecina jeszcze spala, ale liczyli się jeszcze przed północą z karmieniem, tak też było. Poszli wszyscy spać. Około 4 rano Fiona znowu wolała za cycem, więc karmienie, wszystko pięknie ładnie, dziecku się odbiło, nieco ulało, a w tym krew. Panika, spakowali się i małą, i do kliniki dziecięcej. Już stamtąd z wstającym rannymi zorzami mnie poinformowali.
Skąd u pięciodniowego noworodka krew, do tej pory wszystko przecież dobrze, w sumie niemożliwe, bo to świeża krew była, wymyśliłam sobie na poczekaniu i aby zachować trzeźwy rozum, że wspominali o bardzo żertym dziecku, że ciągnie jak smok, do tego ten ząbek. Jak nic użarła matkę, łyknęła krwi i wyplula. No ale oko pediatry na to wszystko nie zaszkodzi.
Sol nienawidząca szpitali wpadła znowu w ten młyn, zmęczona i wyczerpana. Dziecku zrobiono jakieś tam testy, zmonitorowano, próba laktacyjna, co by to nie znaczyło... za stara jestem na to wszystko. Wyszło, że dziecku nic, krew z brodawki. Już wieczór wcześniej poleciłam im te kapturki z miękkiego silikonu, do kupienia w każdej drogerii.
Wieczorem dziewczyny mogły się spakować i iść do domu. Piersi w pielęgnacji, Sol powoli nabierze sił i odporności na karmienie, bo jest koniecznie za tym. Położna przychodzi co drugi dzień, Fiona przybiera powoli na wadze i urosła już 1 centymetr. Druga i trzecia noc w domu była bez sensacji, nawet spali cięgiem 4 godziny.
