wtorek, 3 marca 2026

171. Już jutro

śniadanie w Seehof, Katja podskoczy z rana i mnie zabierze, jak i Gerlinde, a po drodze jeszcze i Liane. Gerlinde jeszcze w sobotę zamartwila się, co będzie, jak Katja zaśpi,  w końcu do wczoraj miała cztery dyżury nocne, i postanowiła jutro rano "na wszelki wypadek" do niej zadzwonić. 

Dzisiaj miałam dosyć aktywny dzień, wstałam już po siódmej, bo Tobi zaczął się tłuc po chałupie z powodu terminu na fizjo o ósmej rano- nadal jest tam z ramieniem. Wracając przyniósł bułki,  więc śniadanie po dziewiątej.  Jako dodatek jajka na miękko od szczęśliwych kur, dostałam wczoraj w pracy od Doris, a właściwie od jej córki. 


Każde jajko inne, a te koloru kakaowego mają od środka zielonkawe skorupki. 

Po śniadaniu poleciałam z Mirką na pocztę, odebrać wczoraj otrzymaną paczkę, i podskoczyłam do Arlety. 




Oczywiście wyprawa z Mirką trochę trwa, bo trzeba po drodze co i raz przeczytać obszczygrama, i co nieco skomentować. Ale jak psica się zorientowała, w jakim kierunku idziemy, to od razu szybciej ruszyła. Niestety ciocia dzisiaj była gupia i brzydka, i nic nie dała, bo po południu zaplanowana była wizyta u weta i pobieranie krwi. 

W międzyczasie telefon od Tobiego, że sąsiad zadzwonił, czy mogłabym... problem jest taki, że Charly nie daje rady chodzić dłuższych odcinków, i na opatrunki u lekarza jeździ autemto jest od niego jakieś 300 metrów. Niestety lekarz ma 5 miejsc parkingowych, zwykle zajętych, a na ulicy cały rok zakaz parkowania z powodu budowy i odnowy kanalizacji na głównej pryncypialnej ulicy, i nasza robi za objazdową.  Tak więc Charly wsiada w auto i jedzie ten kawałek, jak złapie miejsce, to idzie do lekarza, a jak nie, to wraca do domu i wtedy opatrunek robię ja. Na 25 marca ma termin operacji w klinice. 

Po opatrunku ogarnęłam nieco chałupę, starłam podłogi, które odkurzyłam jeszcze rano o ósmej, i wzięłam się za obiad. Wątróbka drobiowa, masa cebuli, ziemniaki i ogórki konserwowe, czyli szybki klasyk, bo już na godzinę 14 jechałam na pracowe sporty. Tym razem skakaliśmy na piłkach, i oczywiście odprężenie. Szybciutko po tym do domu, bo na 16.30 właśnie wet. 

Mirką trzęsła się tym razem jak galareta, jak nigdy, czekając na tym metalowym stole na nieuniknione. Łapka ogolona, krew pobrana, z wynikami wet przedzwoni, Bravecto na sezon kleszczowy kupione. Waga Mirki z uprzężą: 9,8 kilo. Wspaniale.  

Zakupy kilku rzeczy po drodze, 


znowu pobiegać z Mirką. Pogoda definitywnie wiosenna. I znowu do hali sportowej, tym razem we wsi. Dzisiaj było raczej areobikowo- tańcząco.


Warto wspomnieć, że różnica wieku między najmłodszą a najstarszą uczestniczką to 50 lat. I idzie. 

W sumie mało siedzę przed telewizorem, ale dzisiaj leciał kolejny kryminał z Bamberg, to obejrzałam.  Lubię rozpoznawać w tych filmach już znane mi niektóre ulicę czy budynki. Mała Wenecja zawsze jest. 

Oglądając, oczywiście dziergałam,  raglan wyszedł mi nieco za krótki, bo nie chciałam za długi,  tak więc sprułam ściągacz i dorabiam nieco długości. Niedługo przedstawię wyrób.