wtorek, 28 kwietnia 2026

185. Dzień spędzony w moim ulubionym

nowym mieście powiatowym, czyli wyprawa do Bamberg. 
Miałam do odbębnienia urząd finansowy- rozliczenie podatkowe za zeszły rok, ja nadal staroświecko na papierze- i wizytę u laryngologa,  potrzebuje skierowanie na maj do kliniki w Göttingen,  na moją obligatoryjną kontrolę CI i botoks. 
Zacznijmy tak- koniec kwietnia, a bzy pachną obłędnie. Jak na ulicy Theurstadt, przed pomnikiem Świętego Sebastiana, którą przebiegłam. 


Bo często chętnie wydeptuję nowe ścieżki, oglądając Bamberg z każdej strony. Dlatego przez wodę poszłam innym mostem, maryjnym, spoglądając z niego na mój najczęściej używany, Luitpolda. 



Po załatwieniu moich dwóch spraw ruszyłam w kierunku deptaka, Lange Strasse, Grüner Markt, czyli ulicą długa, zielony rynek, na którym jak zawsze, owoce, warzywa, kwiaty, i inne rozmaitości. Kupiłam sobie funt świeżych truskawek i skonsumowałam je w towarzystwie Gabelmoo, czyli pod pomnikiem Neptuna. 


Akurat odbywała się tam muzyczna akcja przeciw obrzezywaniu dziewczynek. 

Po drodze obejrzalam sobie jeszcze dokładnie budynek sądu głównego i budynek dawnej poczty. I naprawdę, tam już kwitły kasztany. 



Będąc w mieście, zawsze robię sobie trochę programu kulturalnego, na dzisiaj miałam zaplanowane muzeum historyczne koło katedry; katedralne muzeum zwiedziłam w zeszłym roku. Historyczne jest całkiem spore, I mieście się w tzw. Alte Hofhaltung, gdzie kiedyś, ponad tysiąc lat temu, urzędował dwór, księciem i arcybiskupi po kolei. Ciekawe zabudowanie, historyczne kulisy. Dużo chodzenia, także krętych schodów. Kilka wystaw, z których najbardziej zaciekawiły mnie dwie: żydowskie życie w Bamberg i wystawa Biedermeier jako spadek i fundacja Henrietty Deis. 






U góry: zawód: żona 🫡


Jestem!

Ponad 3 godziny tam spędziłam, a czas Biedermeier,  ach, jakby to można było z powrotem, ale jak Czesi mowia, to se ne vrati.  

Wstąpiłam do ogrodu różanego, zaraz obok. Różę oczywiście jeszcze nie kwitną, ale praca wre. Oczywiście wiele zwiedzających, masa skośnookich, ale to normalka. 




W tle gornego i dolnego zdjęcia Święty Michał, akurat po renowacji, która trwała 14 lat. Mój plan na wkrótce. 




W drodze na dworzec, bo dla mnie Bamberg= tylko pociągiem... zdążyłam jeszcze pochłonąć kiełbaski z grilla, postanowiłam wstąpić do sklepu z pasmanterią i ewentualną naprawą maszyn do szycia, bo wiele o tym sklepie słyszałam od mojej francuskiej znajomej. Sklep nazywa się Holzschuh, czyli drewniak, i jest z tyłu dworca. 
Nie wiem, jaką jest skala popularności Misiapudla z Psich Sucharków,  ale w sklepie spotkałam też jego sobowtóra.  


W C&A wydałam jeden z pracowych bonów urodzinowych bądź bożonarodzeniowych na zielonkawą letnią koszulkę, więc i garderobę nieco wzbogaciłam, po lekkiej czystce w zeszłym tygodniu (wysłuchałam webinar o ciuchach...)
Teraz jestem padnięta jak pies Pluto.  


Podsumowanie dnia, bo i Mirkę trzeba było wieczorem pobiegać przecież 😄