Niby się nie znacie, nigdy się na oczy nie widzieliście, znacie się jedynie ze zdjęć, z wpisów na mediach społecznościowych, tutaj na blogu... i jest taka już nie nić, a cała lina, mocna, i wiecie, że w razie czego, ta lina wytrzyma. A po niej nawet coś do was się prześlizgnie.
Cieszę się tak bardzo na te Dwie Ulice 🥰 ta książka, ta radość na nią, akurat jest mi bardzo potrzebna.
Dzień miałam długi, bo goście od jutra na weekend, trzeba było nieco ogarnąć, odkurzyć, przygotować, a idąc za ciosem, nawet rabatkę przed tarasem przetrzebiłam z chwastow i rynsztok pozamiatałam. Babka piaskowa też upieczona.
W pracy było w kratkę, miałam bardzo ciężko chorego pacjenta, nowa diagnoza, on spokojny, ona szalała. Logiczne. Dałam radę po południu wygrzebać z czeluści szefa i wysłać go tam razem z lekarką oddziałową. Pacjent jest tak chóry, że pomimo jego drogiego prywatnego ubezpieczenia Erlangen go nie chce. W niedzielę zebrałam z niego, z łóżka i podłogi, chyba ze 2 litry dziwnej cieczy z brzucha koloru pomarańczowego. Wczoraj miałam ostatni póki co, tam dyżur, a od poniedziałku zmieniam na geriatrię.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz