piątek, 13 grudnia 2019

Reszta tygodnia

Poprzedni pracujacy tydzien byl fizycznie wyczerpujacy, gdyz nazbieralo nam sie (w sensie calego pietra, bo "u mnie samej" az tak zle nie bylo) calkiem spora liczba pacjentów ciezko chorych i intensywnych w pielegnacji, i oczywiscie obligatoryjne nie wiem ile kroplówek przez cale noce. Urologia uszla.

Od piatku przesiadywalam tez na wykwalifikowanych alkoholikach, nie cale noce, ale godzinami, no to wiec, co bylo robic, jak sie czas swiateczny zblizal, i kilka malych prezentów rozdac sie chce-


- ja zawsze mówie, w konia samej siebie robic nie musze, to sobie siedze i dziergam tam. Bardzo grzeczne byly te alkoholiki. Siedzieli co prawda do póznej nocy w saloniku i ogladali telewizje, ale jak szli spac, to grzecznie mówili Gute Nacht, a jak rano o piatej sie zrywali na palenie, i w nastepnej kolejnosci kawe sobie gotowali, to mówili Guten Morgen. To im odpowiadalam, i taka to byla konwesacja w sumie. Mogliby mnie czesciej tam rzucac ;)

W porównaniu na dole u nas, gdzie mialam np innego, spadnietego ze schodów po naduzyciu alkoholu, oskalpowanego, zeszytego, zabandazowanego po calej glowie, z cogodzinna obserwacja i pomiarami, to te na górze, znaczy kolezanki i koledzy, maja zycie jak w Madrycie. Ale czy chcialabym tam na stale, to nie wiem. Czasami dzieja sie tam dziwne i niebezpieczne rzeczy, a jak czytam o obligatoryjnym przeszukiwaniu walizek i ubran przyjmowanych na oddzial, to cos sie we mnie zapiera.

Ale w kazdym razem, zanim w poniedzialek mialam sie szybko wyspac gwoli tej jazdy na demonstracje do Hanoweru, to sie na alkoholikach 2 godziny wczesniej wybujalam na fotelu, poczytalam, podziergalam, i niezbyt zmeczona do domu pojechalam.

Pogoda w Hanowerze byla oczywiscie demonstracyjna, czyli zimno i mokro. Ale dla sprawy trzeba i nie ma przepros! Gorace napoje i chleb ze smalcem tez dawali, znaczy kolezenstwo ze zwiazków zawodowych. Chleb ze smalcem mial znaczenie symboliczne, poniewaz w ten wieczór miala sie odbyc balanga z Pflegekammer, 350 ludzia typu polityka, dla nich mialo byc co najlepsze i najdrozsze (samo wynajecie sali w ratuszu juz drogie bylo), a to wszystko za nasze pieniadze ze skladek, no to zostalo nam na chleb ze smalcem ;)





Oczywiscie po wykonaniu wszystkich koniecznych tam czynnosci- nasza piatka trzymala male plakaty na schodach ratusza, spiewalismy Hallelujah Cohena, wrzeszczelismy i gwizdalismy, poznalismy troche ludzi, znaczy osobiscie, bo do tej pory wiele znajomosci bylo fejsbukowych (Pflegebündnis Niedersachsen), ja obejrzalam sobie chetnie na zywo kilka szczególnie interesujacych mnie ludzi, których wlasnie znalam jedynie z netu, i Aysun Tutkunkardes ze Zwiazków zawodowych i rady nadzorczej; tak wiec oplacilo sie!

Po dziewiatej wieczorem bylam juz w domu, i padlam jak stalam. Na drugi dzien czekal mnie bowiem wyjazd w druga strone, czyli do kliniki w Getyndze, oddac próbny procesor, bo minelo 5 tygodni, i razem z klinika i firma Med- EL zlozyc podanie do mojej kasy chorych o sfinansowanie mi tegoz oto Sonneta numer 2, a jest to dla kasy wydatek jakichs 12 tys euro. Na to konto przeszlam kilka testów sluchu tylko z procesorem, które potwierdzaja lepsze moje z nim slyszenie, niz ze starym Opusem. To tez czulam, a na demonstracji dzien wczesniej mialam jeszcze okazje wypróbowac go w sytuacji ekstremalnej, czyli pomimo tego wrzasku, wizgotu i innego halasu, bezproblemowo moglam wymieniac sie wrazeniami ze stojacymi obok. Czasami lomotalo mi w czaszke, znaczy glosniki, ale jak mówie, sytuacja ekstremalna.

Z kasa chorych i nowym procesorem za te chmare pieniedzy to ponoc jest tak, ze najpierw odmawiaja, i trzeba bedzie mi zaprotestowac, na co klinika jako dowód w sprawie wysyla wyniki testów. No to jestem ciekawa, co bedzie. W sumie lubie bardzo mój stary procesor i nie mialabym nic przeciwko spedzeniu z nim jeszcze pewnego czasu, ale ten nowy tez do mnie przemawia. W ciagu tych 5 tygodni sporzadzilam liste, co mi sie w nowym bardziej, ale i co mniej podoba, bo sa rzeczy, które ma mój stary, a nowy juz nie, za to np nowy jest o wiele szybszy, no i te dwa mikrofony, stale w ruchu... stary ma jeden, i starszy program wgrany, zanczy tamtejszy, za to ma haczyk do przetrwanias, jak to nazywam, czyli jak wycisnac reszte soku z baterii, gdy energia sie konczy, a zmiana baterii w ytm momencie akurat nie funkcjonuje.



Po zalatwieniu tego wszystkiego w klinice, nawet nie mialam czas pójsc w miasto, a szkoda, maja taki fajny jarmark bozonarodzeniowy... no nic, wsiadlam w autobus w kierunku dworca i acha, pierwszy raz w zyciu, znaczy odkad jezdze do kliniki w Getyndze, a jezdze tam juz od ponad 24 lat, mialam kontrole biletu autobusowego, badz w moim przypadku kolejowego, gdyz jesli nie przere podrózy na wiecej niz godzine, to moge na kolejowym jechac i autobusem, i odwrotnie, wracajac z kliniki do domu, w autobusie kasuje bilet kolejowy, do czego (czesciejszy) pociagowy kontroler nie ma zastrzezen. Jak chce zahaczyc o miasto, to wtedy nie kasuje mojego biletu kolejowego, lecz kupuje oryginal autobusowy, gdyz inaczej ten kolejowy stracilby waznosc.



Tak wie, wracam szybko na ten dworzec, bo juz trzecia po poludniu dochodzila, a krótko po pelnej godzinie zawsze pociag w kierunku Hanoweru odjezdza, a ja wieczorem na ósma kolacje adwentowa oddzialowa mialam... patrze sie na tablice na dworze, gdzie na jednej stoja odjazdy autousów (staly), a na drugiej pociagi, a tam stoi tylko, ze tablica sie popsula. No to trudno, zdarza sie. Wchodze wiec na dworzec, gdzie tez wielka tablica, z tym samym zawiadomieniem. Ok, powiazane sa. Poszlam wiec do tradycyjnej papierowej, kwadrans do odjazdu jeszcze mialam, to weszlam do dworcowego kiosku i ksiegarni zarazem, gdzie znalazlam jeszcze Alicje w krainie czarów i proze von Eichendorffa w formie szkolnych lektur, czyli ksiazeczki zólte i male, czyli zmieszcza mi sie w regale dlugosci ilus tam metrów biezacych ksiazek do czytania... i poszlam na peron, gdzie pociag mial juz stac, ale tego nie robil, bo go nie bylo wcale, a mial juz jakis czas temu przyjechac z odwrotnego kierunku i jechac nazat. Tam tez te male tabliczki byly popsute, i tak sie rozgladam, a kilka peronów w Getyndze jest, i jakos tak dziwnie, ludzi chmara, a zywego pociagu jakos nie widac... i wtedy dotarlo do mnie, ze ta tablica to nie pikus, ze ta awaria to ma dzialanie nie tylko na Dolna Saksonie, ale i na kawalek Niemeic, i wajchy tez chyba sa nia kierowane, w kazdym razie semafory staly na zakaz jazdy, i powoli, chyba recznie, wpuszczano spóznione pociagi na dworzec, a to ICE, a to jakis regionalny, i w koncu zapowiedzieli mój, ze bedzie spózniony, i z drugich torów na peronie.. miedzy nami ogluchnietymi i implantowanymi jest bowiem takie stwierdzenie: sa dwie rzeczy, których nie rozumiem (akustycznie). Pierwsza to informacja przez megafon na dworcu kolejowym, a druga- to powtórka tejze. Ja na szczescie tak nie mam i na wrazenia akustyczne jak zwykle  moge sie zdac ;)


Z opóznieniem bylam dopiero przed piata po poludniu w domu, nieco zuzyta i obolala, ale zebralam sie na te oddzialowa impreze, gdzie tez fajnie bylo, a podawali pieczona gesia piers. Wrócila, przed jedenasta w nocy do domu.

Na druf´gi dzien najpierw nieco odespalam, a po poludniu bylo, jako ze to juz sroda sie zrobila, gromadne dzierganie z bylego sklepu budowalnego, i juz tydzien wczesniej bylo postanowione, ze pójdziemy po dzierganiu, na kolacje bozonarodzeniowa. Bo tak to juz jest, kazdy "klub" i praca, i coby tam nie bylo, robi takie cos, wiec gorsze nie sa i dziergajace. W ten wieczór nos juz niezle mi siapil, do tego zaczely pobolewac kosci, co jest u mnie niezawodna oznaka przeziebienia, ale poszlam, Kolacje bozonarodzeniowe to nie sa zwykle letnie grille, to jest znak angazowania sie i przynaleznosci to tych, z którymi sie tam idzie. Bylismy u Graka, co samo w sobie zawsze jest dobre i smaczne, ale jako pierwsze goscie, zalapalismy pierwsze zimno sali, a byla ona ogromna, bo to dawne kasyno ofcerskie.


Nastepnego ranka zaczelam sie oszczedzac i kurowac, bo inaczej nie szlo, cieplymi napojami, kroplami do nosa, a na noc paracetamol. Jak w Angli :D


  Dzisiaj juz jest niezle, jedynie w gardle nieco drapie, ale na to mam cukierki ziolowe, i oczywiscie duzo ciepelka w domu, a raz dziennie wychodze cieplo ubrana z Mirka na spacer. Poza tym, Mirka chodzi do ogrodu, badz z tatem na cmentarz.

Wczoraj napisalam i wyslalam juz kilka swiatecznych kartek, a jedna juz tez otrzymalam @Fusilka, dziekuje slicznie za dolaczone dziergadelko! Pieknie!

Dzisiaj wzielam sie za pranie, wyprasowalam tez nieco, w sumie mam malo prasowania, czyli same praktyczne rzeczy mamy ;) jutro wypiore recznie mój wierny i cieply, wlasnej produkcji sweterek z alpaki, który w ostatnich dniach niedyspozycji swietnie zdaje egzamin, grzeje, nie przegrzewa, nie wonie potem... i tylko troche gryzie, co mi juz jako dziecku malo przeszkadzalo, rejestrowalam fakt i to wszystko. Jutro musze wybrac sie na jeszcze stosunkowo male zaklupy, ale zbliza sie niedziela, zebysmy bez chleba nie zostali. Potem dalej relaks w cieple, dzierganie, lektura, Netflix, audiobook (Niskie drzewa @Gackowa)

W niedziele w poludnie bowiem kolejna balanga, znajoma prosila na urodziny z piatka na koncu, i powiedzmy tak, mialo nas byc tam wiecej, bo w tym roku nie tylko moja mama, ale i znajomej maz zmarl, a jest to taka uniwersalna rodzinna znajoma, wiec ide z tatem. Urodziny odbeda sie w sasiednim miescie, jeden lokal blizej niz ten Greka w srode.

O malo te urodziny nie zostalyby odwolane, gdyz wlasny syn pokrzyzowal jej plany, wyladowal w szpitalu i przeszedl trepanacje czaszki, mial krwiaka prawdopodobnie po wypadku na motorowerze latem tego roku?! Ale juz wyszedl ze szpitala i ponoc jest calkiem sprawny.

Poprzez ten bardzo aktywny tydzien zdecydowalam, ze nie pojade w tym sezonioe gdziekolwiek na jarmark bozonarodzeniowy, znaczy w sensie Lubeki, Bremy, Norynbergii i temu podobnych, co w sumie jest u mnie tradycja, bo lubie. Ale lubie tez posiedziec w domu, a teraz w sobiote i niedziele, mamy cos takiego malego i tylko popoludniami, u nas w miasteczku, wiec w niedziele tam sie przejde.




wtorek, 10 grudnia 2019

Po 7 dyzurach nocnych...















(Zdjęcia pozbierane na fb) 

... na demonstrację, to jest to 💪
Dzisiaj w poludnie jade do Getyngi, oddac procesor, 5 tygodni z Sonnetem 2 minęło jak z bicza strzelił. Ale przynajmniej zdążyłam jeszcze wypróbowac go w warunkach demonstracyjno~ ekstremalnych.
To do potem... znaczy do po kolacji adwentowej z moim oddzialem. Tydzień bedzie niezwykle rozrywkowy. 

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Ks- dz podsumowanie listopada

Bylo malo, pomimo pieciotygodniowego zwolnienia lekarskiego. Czasami siedzialam i dumalam po prostu, badz grzebalam w necie- rzeczy wazniejsze i mniej wazne. Ot po prostu tak. Stosunkowo duzo telefonowalam. Nadrobilam tez stos gazet, felietonów, i zeszytów SJ ;)

Ksiazkowo:

1. Emilia Smechowski- "My super imigranci". Powiedzmy tak; na poczatku lektury, gdybym nie przeczytala juz innej ksiazki autorki, i nie wiedzialabym, jak rozwija akcje, ta ksiazka by mnie nieco znudzila. Przeczekalam znaczy przeczytalam poczatek, a potem juz poszlo. Autorka ma faktycznie niezle oko i pióro, i jest bezwzgledna w dokumentacji, nie ma ze boli. W sumie ciekawabym byla ksiazki w oryginale, znaczy po niemiecku, bo te nabylam po polsku, czyli tlumaczenie. Ale nie moglam sie oprzec okazji- byla bowiem 12 euro tansza niz oryginal po niemiecku ;)

2. Doris Dörrie- "Auf immer und ewig", czyli cos jakby: na zawsze i wiecznie. Rzadko czytam te autorke, sama nie wiem dlaczego, w sumie jest swietna, ale trudna. Chyba dlatego wlasnie czesto ja omijam- bo przy czytaniu trzeba myslec, a to nie jest tak, ze nie umiem czy lube myslec, po prostu czasami i czesciej, nie chce mi sie, np po trudnym dniu. Preferuje literature lzejsza, nie w sensie Harlekinów, zeby nie bylo ;) ale jakos tak. Np przy thrillerach swietnie odpoczywam ;) a horrorów nie cierpie. Powracajac do tematu, czyli owej ksiazki, przeczytalöam, bo mialam czas myslec, ksiazka nie jest nowa w sensie roku wydania, warta przeczytania, ale zawila.

3. Jacek Hugo- Balder- "Skucha". Stan wojenny, przed i po, i w miedzyczasie. Podziemie, praca konspiracyjna, ulotki, akkcje, ksiadz Popielzúszko. Dlugo czytalam, bo mnie meczyla. Ale dobrze, ze przeczytalam.

4. Jacek Hugo- Balder- "Dzienniki Kolomyskie". Okej, szacher- macher, bo jeszcze nie do konca przeczytalam, a czytam juz od dwóch tygodni bodajze. Ksiazka meczy mnie i doluje, ale nie popuszczam, bo po prostu za bardzo mnie ten temat zainteresowal, znaczy,nie pierwszy raz o tym slysze, czy wrecz czytam, ale chce i poznac tego autora w tym temacie. Polecam lekture ku pamieci.

Dzierganiowo:

Jedynie kamizelka wedlug wzoru z czasopisma Landlust, za to dokladnie tak samo wydziergana, bez zadnych zmian, co normalnie nie przepuszczam. Zawsze cs "musze" zrobic, wydziergac inaczej. Tutaj sprezylam sie, i nic! To jest naprawde warte zaznaczenia :D

Aktualnie dziergam sweter raglan od góry, i wyzywam sie z wreszcie opanowanymi rzedami skróconymi, w dekoldzie i w wydluzeniu tylu.



środa, 27 listopada 2019

Taki szybki tydzien

Przezylam.
W pracy po 5 tygodniach... no jak po 5 tygodniach w domu. Trzeba bylo nauczyc sie innego trybu... a w domu tak fajnie bylo. Tak wiec, chirurgia, Matze na internie byl juz przez weekend, wiec taka byla moja kolejka. Poczatek byl trudny, potem sie poluzowalo, na koniec sknocilo, po prostu za duzo pacjentów, duzych i ciezkich. Wczoraj zazyczylam sobie nowego i porzadnego podnosnika dla tych upadnietych na podloge. Mielismy bowiem zebranie w pracy.
Dostalabym iles tysiecy premii, jak i kazdy inny, gdybym "zmówila" kogos do pracy u nas w szpitalu. Ten "zmówiony" dostalby tez. Tak wiec, komu komu bo ide do domu :D
Zarty na bok. Wczoraj jak zwykle, nie umialam nie poskapic ironia, i na zapis w jakims protokole z jakiegos innego zebrania sil dowodzacych oddzialami, dotyczacego braku w katalogu doksztalcen  zawodowych tematu samoobrony i technik deeskalacyjnych, powiedzialam tylko- i ze nie jest to pytaniem, dlaczego i po co ma byc ten temat niedoksztalcany, bo nie ingeruje w kompetencje ludzi mniemanie znajacych sie na tym, co dla nas dobre, a co zle... ale w ten dzien, gdy przeczytalam ten zapisek w tym innym protokole, to akurat tracil zycie, zadzgany nozem, pewien doktor von Weizsäcker, w Berlinie, a kilka dni pózniej, w szpitalu w Düsseldorfie, "duza rodzina" rozpizdrzyla izbe przyjec i poranila dyzurujaca pielegniarke... konsternacja na sali. Jakby nie wiedzieli, nie slyszeli, nie czytali. Oczywiscie wiedzieli, co potwierdzili. I nie jest niby tak, ze nie niedoceniaja róznych sytuacji, ale to co nas uczyli ci z psychiatrii, to raczej na takich hmmm psychicznych zwyroli, a u nas trzeba cos w kierunku agresji przy demencji, w delirium, i o takie doksztalcanie pod tym kontem sie oczywiscie postaraja.
No dobra, uwierze im.
W sumie, to ja szczerze jestem szczesliwa, ze my mieszkamy i pracujemy w szpitalu na takiej w sumie prowincji, ze zbyt wiele to u nas raczej sie nie dzieje, porównujac wieksze miasta z tzw. scenami. To bylo wczoraj. Ale po kolei.
We wtorek wieczorem, popoludniowa szychta akurat chciala sie przebierac i do domu, telefon z portierni, ze poszukuja wlasciciela auta- z moim numerem rejestracyjnym. Odwiedzajacy krewnego w szpitalu przy wycofywaniu sie swoim autem, polecial mi po boku, od strony pasazera. Porzadny byl i sie zglosil. Tak wiec, na drugi dzien do warsztatu, zmówienie rzeczoznawcy, ten byl w czwartek, rozmowa z ubezpieczalnia szkodnika, a wczoraj rano auto odprowadzilam do remontu. Potrwa do piatku, bo z lakierowaniem i co by tam nie bylo jeszcze.
Tak wiec teoretycznie uziemiona na rowerze jestem ;) oczywiscie nie, bo mam przeciez tatowe auto. Moglabym wziac auto zastepcze, ale... w sumie, nie lubie wykorzystywac. Nawet obcej ubezpieczalni. A jezdzic obcymi autami tez nie lubie. Jezdze tymi domowymi, i to mi wystarcza.
Jak z zeszla srode bylam pierwszy raz w warsztacie, to po nim pojechalam do weta, aby Mirce, która w sumie juz mniej czy bardziej cudownie ozdrowiala, kupic to wetowe zarelko, bo polubila. I jak cale tutaj zycie, a to juz ponad 30 lat, wiem, ze w srody po poludniu to jedynie supermarkety u nas sa otwarte, a wszystko inne zamkniete, wlacznie z weterynarzem i innymi doktorami, to mimo tego pojechalam tam pocalowac klamke.
Bedac juz tam, w sasiednim miescie, i przypomniawszy sobie, ze to faktycznie sroda po poludniu jest, postanowilam poszukac moich babeczek, tych, z którymi robilam na drutach w sklepie budowlanym. Tym, który mial stoisko z welna.
Ten sklep zamknal swoje podwoje w drugim kwartale, i jak to juz bylo jasne, to babeczki zaczely intensywnie szukac innego dachu nad glowa, aby dalej razem dziergac, i zeby grupa nie rozpadla sie. Ja w tym czasie bylam dosc zajeta mama i nie na kazde zebranie tam chodzilam, ale zalapalam, ze jest mozliwosc na rynku, lokal po kwiaciarni, gdzie aktualnie odbywa sie cos dla seniorów, sa stoly, krzesla, zaplecze kuchenne, i Gudrun mieszka w poblizu, i zapyta.
Juz czasami myslalam, przedzwonic do innej z nich, ale jakos mi schodzilo, zapominalam, az tydzien temu poszlam na ten rynek ich wszystkie poszukac. I znalazlam, a jakze, akuraz przerzucily sie na szydelka, i hakluja siatki na zakupy ;) kawa, ciasto, wino musujace na stole, no ja cie, wracam za tydzien, bo teraz zaraz do pracy.
I w ten sposób dzisiaj spakowalam mój koszyczek z raglanem, bo z szydelkem to ja tak troche na bakier jestem, chociaz te torby i chusta podobaja mi sie...




A im z kolei spodobaly sie moje rzedy skrócone, które w koncu umiem wyprodukowac przy raglanie.


Te palke to przyniósl mi tato ze spaceru z Mirka. Dobra, niech bedzie przy domu.
Tak wiec to wygladalo u mnie, w te ostatnie dni.
Procesor smiga. W miedzyczasie dostalam z powrotem mój XS. Kurcze, jakos go bardzo kocham, i trudno bedzie mi kiedys go porzucic. Ten nowy niby technicznie lepszy, ale ze starym to ja sie normalnie zroslam. No i mam zagwozdke. Za 13 dni konczy mi sie testowanie Sonneta, przejde jeszcze rózne testy na nim, podanie do kasy chorych i zobaczymy, co dalej. Uczuciowo nie byloby mi trudno, spedzic z moim starym Opusem jeszcze kilka lat, niby stary, ale normalnie go kocham i bardzo chetnie sie z nim publicznie prowadzam...
Wczoraj zagadala mnie na tym zebraniu jakas sekretarka ze szpitala, nieznajoma mi, co to mam za ciekawy aparat sluchowy, bo ona tez zaczyna niedoslyszec i wie, ze musi zaczac dzialac... no to jej wyspiewalam pean pod adresem implantu i pokazalam mój opusowy skarb drogi w pudeleczku, bo nosze go czesto ze soba, jakby z tym Sonnetem cos bylo, czego nie opanowalabym. Tez jej sie spodobal. Polecilam jej sluchowo Göttingen.
Za dwa tygodnie, znaczy juz krócej, bo raptem 12 dni, bede tez z kolezankami i kolegami na demonstracji w Hanowerze. Demo definitywnie jest. Od dwóch lat mamy w Dolnej Saksonii zalozona przez polityków pielegniarska izbe rzemieslniczą, ze tak to okresle, a glupota jest to niemozebna, bo wolaja pieniedzy, a zrobic nie moga nic, jedynie "doradzac". A nie trzeba doradcy, ja sie komu .. chcy. Pomysly mieli tam niebotyczne. Np doksztalcanie sie zawodowe w wolnym czasie i za swoje pieniadze, szczególnie ci pracujacy w domach pielegnacyjnych, bo tam z doksztalcaniem czasami cienko. Ja w szpitalu jestem zaspokojona na doksztalcanie, a jeszcze czasami cos dodatkowego wymysle dla uciechy ogólu kolezenstwa ;) Pflegekammer, bo taka tego oficjalna nazwa, rok temu pred swietami BN wyslala pierwsze rachunki za czlonkowstwo, a których wysokosc miala wynosic 0,4% rocznych zarobków brutto. Jeno, ze oni wyszli z zalozenia, ze przecietna pielegniarka to zarabia rocznie 70 tysiecy euro. Larmo podnioslo sie jeszcze wieksze, petycja, 50 tys. podpisów o rozwiazanie tego burdelu, demonstaracje tu i tam w calym landzie, w których jak tylko mozliwe, i ja uczestnicze. W listopadzie pani prezydent wymyslila sobie przyjecie dla polityków wszech partii, dajac wydrukowac zaproszenia na najdrozszym papierze, zapraszajac w praktycznie najdrozszy w Hanowerze lokal, i wtedy narobilo sie jeszcze wiecej. "Zdrajcami" i donoszacymi wszelkie informacje byla oczywiscie partia lewicowa, tez zaproszona, a która od poczatku byla przeciw temu skoszarowaniu pielegniarek, ale ja ich juz wczesniej bardzo polubilam. Niby ta Pflegekammer miala byc od polityki niezalezna, a tu taki zonk. Nie tylko ja pisalismy do róznych miejscowych i zaproszonych (a mialo byc tego towaru 450 ludzia), ze Kammer sobie, ale ja nie widze powodu, zeby z moich ciezko zarobionych pieniedzy finansowac bale panny Mehmecke na setki ludzi. Cos politycy musieli ruszyc rozumem, bo faktycznie, najpierw chadecy, pózniej wolni demokraci, na koniec alternatywa, odmówili udzialu, jedynie socjaldemokraci i zieloni trzymali sie zaproszenia jak kleszcz suchej dupy... Zamieszanie dochodzilo do zenitu, gdy sformowaly sie plany demonstracji przed owym lokalem.. ministerka od spraw socjalnych w koncu odmówila urzadzania tego balu ( i tyle co na temat niezaleznosci Pflegekammer od polityki), panna Mehmecke powtórzyla po niej, ale demo nadal sie odbedzie, we tym miejscu, o tym czasie, przy ratuszu w Hanowerze.


Wczoraj nastepna bomba- socjaldemokraci i chadecy ustanowili, ze Kammer ma byc dla nas nadal zobowiazujaca, ale bezplatna, a wplacone czlonkowskie ma byc zwrócone. Na do dali Kammer 6!! milionów euro. Ja sie ino pytam, u kogo wlasciwie nocuje panna Mehmecke??
Teraz demonstrujemy przeciwko temu obowiazujacemu czlomkowstwu. Bo nasi pracowawcy byli zobowiazani pod grozba dotkliwych kar pienieznych, podac nasze dane tam do tej Kammer. Normalnie gorzej jak w swoim czasie w Enerdówku, i to w czasach ochrony danych osobowych.
Panna Mehmecke, ta wyzej, która sama okresla sie "glosem wszystkich pielegnujacych" przez ostatnie póltora roku stala sie chyba najbardziej znielubiana kobieta w Dolnej Saksonii. I nikt z pielegnujacych nie chce, aby wlasnie ona byla jego glosem... zafajdane ma i tyle. Normalnie chore babsko. I to wszystko dlatego, ze jej, i paru innym, nie chcialo juz sie wystawac przy lózku pacjenta, to postanowili zalozyc sobie taka firme, i widocznie wszyscy mieli wlasciwa ksiazeczke partyjna, do tego paru opiekunów, ale zeby jeszcze i tyle pieniedzy?

No nic, wskakuje pod prysznic i do lózka, bo jutro mam jeszcze pracowity dzien- reszte okien umyc, zdjac, wyprac, wyprasowac i powiesic firanki, i troche udekorowac na Adwent. Czekalam z tym w nadziei, ze skoncza sie roboty drogowe pod moim domem, w mojej naiwnosci wyliczylam sobie ze 2 tygodnie jeszcze w pazdzierniku, ale w gazecie napisali, ze jak skoncza do Sylwestra, to beda szybcy... Tak wiec, przed BN i po BN mycie okien, bo kurzy sie czasami jak diabli.


poniedziałek, 18 listopada 2019

"Cebulowe" ciasto

Przypomnialo mi sie, ze juz dawno nie robilam, wiec warto bylo odswiezyc przepis, a byc moze, spodoba sie i ktos tez upiecze.

Tak wiec, potrzebujemy:

1 opakowanie ciasta francuskiego, podana ilosc to 450 g. Moze byc takie z zamrazarki, ja wole z chlodziarki, zwiniete w rulonik, gdyz w opakowaniu jest automatycznie papier do pieczenia. Ja posiadam jedynie silikon i cos w formie ceraty, na czym pieke np frytki, ale na tych nie powinno uzywac sie noza, a ciasto nalezy przeciez jakos pokrajac. Tak wiec ten zrolowany w ciescie paier bardzo mi sie podoba.

1 zupe cebulowa instant

10- 15 deko gotowanej szynki

2 kubki kwasnej smietany, alternatywnie jogurt, tutaj mozna zaoszczedzic tluszu, przy czym jest jasne, ze tluszc jest nosnikiem smaku, i na jogurcie ciasto inaczej smakuje

3 jajka male, albo 2 duze

1 por

kilka dkg sera tartego do posypania

Forma do pieczenia. Ja pieke w prostokatnej, która ma dokladnie taki wymiar, jak to zrolowane ciasto francuskie z papierem pod spodem.

Por pokrajac w krazki, szynke w kostke, zamieszac w misce jajka, smietane i zupe cebulowa, mozna przekrecic mikserem, wtedy bedzie fajniejsze. Dodac szynke i pory. Wszystko wylozyc na blaszke, posypac serem. Piec w 180 stopniach okolo 45 minut. Spozywac na cieplo z bialym winem :)