wtorek, 7 kwietnia 2020

No to jedziem z tym koksem!

Robotnicy zapowiedzeni byli na wpól do ósmej, tymczasem krótko po siódmej juz podjechali pod dom. Akurat wrócilam z Mirka ze spaceru, wybiegalam ja prawie godzine, zeby potem nie byla marudna, bo nawet do ogrodu jej dzisiaj nie wypuszczam, gdyz a to brama, a to furtka otwarta.







Robotnicy przekopali rowek pomiedzy bukszpanami, i nawet ich nie uszkodzili. W sumie byloby mi to wszystko jedno, dla mnie najwazniejszy jest murek, zeby on nie byl poruszony, bo to bylaby kompletna klapa, od podstaw go skladac, murowac, malowac. Robotnicy uspokoili mnie, ze w zadnym wypadku, murka ruszac nie trzeba. Kamien z nerki ;)

Jak oni tam sobie kopali, to ja pracowalam w ogrodzie. Trzy tygodnie temu, tato zasial groch... zaczyna wschodzic. Ja dzisiaj posialam buraczki, koperek i pietruszke, wsadzilam tez cebule, i niech sie dzieje wola nieba, bede podlewac i czekac. Do doniczek wysialam ogórki i cukinie, wysadze po 15 maja, i tez w sensie, niech sie dzieje wola nieba. Rozplanowalam reszte ogródka warzywnego. Emilka dala mi kilka sadzonek salatek, to tez wsadzilam. I kwiaty na brzegu, to sa takie na pasku, wystarczylo przykryc wstege ziemia. Od strony niezyjacego sasiada poobcinalam przelazace juz galazki zywoplotu, musze wkrótce zadzwonic do jego zony, aby zmówila sobie ogrodnika do obciecia tego zywoplotu. Do tej pory zwykle robil to tato, z nerwów, jak mówil. Ona sama byla tutaj ostatni raz ponad 20 lat temu, i zna ten zapuszczony i zdziczaly ogród jedynie z moich opowiesci.

Wczoraj wieczorem zawiozlam znowu koperte papierów do sadu grodzkiego, bo tak umówilam sie tam telefonicznie. Potrzebuje kiedys zaswiadczenie, ze jestem jedynym spadkobierca, jak bede likwidowac taty konta bankowe. Przy okazji bycia tam, poszlam z Mirka nad Wezere, policja tylko smiga, ale mnie nigdy nie zatrzymuja i nic nie pytaja. A potem w Kauflandzie dostalam i make, i drozdze w proszku!! Normalnie cud, u nas mozna zapomniec. Emilka tez sie ucieszyla. Swieta bedziemy razem, mamy juz kulinarny plan strategiczny, mysle, ze na to, jak to wygladalo na pierwszy moment, tato nie zyje, Arno i Sol musza zostac w Oldenburgu, to wszystko sie naprawde pozytywnie uklada. 

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

A jutro bedzie jazda bez trzymanki

Dzisiaj rano wybralam sie do Lidla, za posciela, jak planowalam, niestety nie bylam wczesnie, i poscieli juz nie dostalam, za to przescieradlo, wiec przynajmniej tyle. I przy okazji nowe a la adidasy sobie kupilam, bo stare, które nosze na spacery z Mirka po wertepach, zaczynaja miec dziury na podeszwach. Kilka lat na liczniku tez maja. Tak wiec, w sumie ten Lidl mi sie oplacil, bo wzielam tam tez taka derke do auta, na tylne siedzenie, dla psa.

Mirke mialam oczywiscie ze soba, bo postanowilam isc z nia wlasnie tam w Stadtoldendorf na wiekszy spacer. Pogoda u nas bajkowa, dzisiaj 20 stopni, rano o ósmej bylo jeszcze rzesko, wspaniala pogoda na wchodzenie pod górke, do wiezy, przy której faktycznei jeszcze nigdy jakos nie bylam, a jest praktycznie w centrum miasteczka.


Gapie po drodze.

Widok na budzace sie miasteczko.


Nawet nie wiedzialam, ze wieza tak stara jest.


Tutaj biegaja te baranki.


Juz w miescie, "kamien, o który sie potyka", czyli tutejszy Stolperstein. Znajduja sie one w bruku przed domami deportowanymi do obozów czy inaczej przesladowanymi w czasach nazizmu. Niektóre sa optymistyczne- gdy na przyklad pisze na nich, ze zdazyli wyemigrowac do USA.



Nasze gromadne dzierganie, zwykle siedze calkiem po lewej stronie...


W samo poludnie przedzwonila do mnie firma energetyczna, w sprawie podlaczenia gazu do mojego domu. Jeszcze w styczniu zlozylam podanie o podlaczenie, bo aktualnie ceny tego podlaczenia sa smiesznie niskie- normalnie 4x wyzsze. Mam ogrzewanie na olej, piec ma 33 lata, jest niby kompletnie w porzadku, regularnie czyszczony, sprawdzany i ma robione ustawowe pomiary, ale ma jednak swój wiek, i ze wszystkim trzeba sie liczyc. Tato i ja chcielismy tez pozbyc sie dwóch ogromnych kanistrów z piwnicy, na lacznie 3 tysiace litrów oleju opalowego. Gaz od wielu lat leci mi pod chodnikiem, wiec nie ma wiekszego problemu z podlaczeniem.
Tak wiec, jako, ze firma nie ma szansy wykonac gdzies wiekszej roboty, zajeli sie malymi, do których nalezy i wlasnie moje podlaczenie, i czy by nie mogli spontanicznie jutro rano o wpól do ósmej wpasc... no to wpadajcie. Opróznilam kotlownie ze wszystkich prawie skarbów taty, wiele zbednych rzeczy, jak np stare lampy, czy zawieszki na chochle ze starej kuchni, oczywiscie wiele rzeczy jest jeszcze potrzebnych i waznych, jak np farby.
To byla robota, przeniesc to wszystko do innego pomieszczenia, do tego sa jeszcze dwa rowery, od Arno i Sol, ale te przynajmniej pojechaly ;)
To jestem teraz fizycznie i psychicznie nastawiona na te jazde bez trzymanki, budowa w sensie kopania przed domem i pod dom.

Jako, ze pochówek taty odbedzie sie w bardzo odchudzonej formie, i przed kaplica, tylko modlitwa, czytanie fragmentu z Ewangelii, i do grobu, Bernd stwierdzil przedtem, ze przeciez móglby zagrac na harmonijce, bo to umie. Organy bowiem odpadaja, jak i piesni zalobne. No to bedzie harmonijka przy grobie. Mojemu tacie spodobalo by sie to, on byl czasami niekonwencjonalny, a Bernda bardzo lubil. 

niedziela, 5 kwietnia 2020

I znowu troche dalej

Wczoraj mialam dziwny dzien. Sobote znaczy. W piatek w poludnie zadzwonil do mnie syn z wiadmoscia, ze nie jest zupelnie zdrowy, Sol jeszcze nie chora, ale lepiej, gdy zostana w Oldenburgu. Jasne. Co ma byc, niech bedzie od razu, niech wyzdrowieja na szesnastego.
Uspokoilam ich, ze nie jest tak, ze musza przyjechac, bo weekend, bo ja sama, bo dziadek nie zyje, i ogólnie trzeba czy jakos tak.
Przeciez nie jestem dzieckiem, i daje sobie rade, ogarniam wszystko, telefonuje, zalatwiam, znowu jestem dalej w kilku sprawach.
Jasne, fajniej by bylo, gdyby oni troche w domu mi przewietrzyli, polatali po schodach, porozmawiali, ale cóz.
Zamówione nowe lózko przyszlo, materac tez, mieli go sobie teraz zlozyc i uzywac. Trudno, musi poczekac. W miedzyczasie ja spatrze im dwa komplety poscieli, zeby ladnie wygladalo, przy okazji wypiore poduszki i koldry.
Wczoraj skajpowalismy, wygladaja na zmeczonych, ale nie kaszla i nie maja kataru. W sumie sobie mysle, ze oni przeciez od wielu lat na uniwersytetach, najpierw studenci, teraz praktykanci z calego swiata, toz oni juz ze wszystkim kontakt musieli miec, podobnie jak i ja w szpitalu, i jakas odpornosc musiala nam wszystkim chyba sie wyrobic.
W miedzyczasie wyczytalam w internetach, ze posiadanie zwierzat domowych ponoc uodparnia nieco na Covid- 19, gdyz zwierzeta miewaja inny typ tego wirusa, wiec jak ktos ze zwierzakiem mieszka, spi i sie caluje ;) to ponoc jest lepiej wyposazony na walke z tym wirusem. Oby!
Inna wiadomosc, ze ponoc ludzie zaszczepieni przeciw gruzlicy, lepiej znosza zakazenie Covidem. Ja jestem logicznie w Polsce bez pytania szczepiona, mój syn tez po urodzeniu, musialam specjalna zgode podpisac, bo szczepienie nie na czasie bylo wtedy, bo niby po co, i okazuje sie, ze Sol tez jest zaszczepiona. To to liczymy na wszystko, co dobrego z tego niby ma wyniknac.

Wczoraj po poludniu, znaczy zaraz po ciszy poludniowej, postanowilam skosic pól ogrodu. Arno kosil dwa tygodnie temu, teraz tez mial zobaczyc, jak jest, no ale go nie ma.
Tak wiec wyszlam na ten ogród i pomyslalam sobie, tato by kosil. Nie tyle z faktycznej potrzeby tego koszenia, ale po to, aby na niedziele ladnie wygladalo. Bo tato lubial wynajdywac sobie prace. Jakos tez mnie to naszlo, ze niby mi sie nie nudzilo, ale postanowilam skosic blizsza czesc, pozostawiajac z tylu lake. Tam zreszta i tak wolniej rosnie.
Odpalilam kosiarke i polecialam. W doslownym tego slowa znaczeniu, gdyz kosiarke kupowalam razem z tata calkiem niedawno, i jako, ze u mnie jest troche górka, kosiarka na dodatkowy palak na dodawanie gazu, czyli zapyla pod górke jak maly motorek. Skosilam jak zaplanowalam, reszte zostawilam, przejezdzajac jedynie dwa razy wzdluz plotu, zeby kiedys trawa na ten plot mi nie zachodzila. Z jakichs 500 metrów kwadratowych wyszedl mi jeden koszyk, pomyslalam sobie, jak tato mówil, ze lepiej czesciej i mniej kosic, bo sie nie trzeba tak nameczyc. A ogólnie fajnie byloby, gdyby lato znowu bylo upalne, to wtedy trawa slabo rosnie.
Jak juz odstawilam kosiarke, pomijajac czyszczenie nozy, gdyz boje sie, ze poprzez podnoszenie jej, moge zalac swiece, niech Arno to kiedys zrobi, zreszta trawa byla sucha jak pieprz- stwierdzilam, ze jednak sie zmachalam, spocilam, i strasznie chce mi sie pic. Ale nie normalnie, jak to robie, wody. Zachchcialo mi sie... piwa. Ja w sumie nie pijam nigdy piwa, moze dwa razy w upalnym sezonie to takie pomieszane z jakas oranzada. A tutaj normalnie chce mi sie piwa! Poszlam do piwnicy, wzielam butelke Jever, stwierdzilam, ze smakuje calkiem dobrze, lekko gorzkie, ale wspaniale gasi pragnienie. Wypilam pól, pozostawiajac sobie druga polówke na kolacje.
Co mnie w tym zadziwilo, zachowalam sie jak tato. On lubial po meczacym koszeniu wypic chlodne piwo.
Ogród na niedziele wyglada pieknie i wypielegnowanie.
A dzisiaj w poludnie, w sloncu, bylo 29 stopni. Lezalam na lezaku i czytalam.

Rano zbudzila mnie wpatrujaca sie we mnie Mirka, wyszylismy do ogrodu na sikanie, potem zjadlysmy sniadanie, i poszlysmy na dlugi spacer w pola i pod las.


Praktycznie w te same miejsca, które tato odwiedzal z Mirka, tyle tylko, ze czesto podjezdzal tam z nia autem, i dopiero tam chodzili.


Pierwsze anemony. W taty rodzinnej Rudziczce, teraz w lesie, wszystko jest w anemonach, czesto chodzilismy tam do groty, jak bywalismy wiosna, w okolicach Wielkanocy, na odwiedzinach u kuzynki. Te ilosci sa niesamowite. Musialam nad tymi anemonami plakac w tych polach.



"Und meine Seele spannte weit ihre Flügel aus,
flog durch die stillen Lande, als flöge sie nach Haus'"


W piatek wyczytalam w internetowych wiadomosciach, ze od soboty beda nastepne obostrzenia u nas, dokladnie kontaktów z innymi w sensie, ze nie bedzie mozna absolutnie odwiedzac sie w domach i nawet na prywatnych posesjach/ na podwórkach i w ogrodach. Jednoczesnie Dolna Saksonia otwarla sklepy budowlane, bo byly jakies 10 dni zamkniete. Okazalo sie, ze ludzie zaczeli z nudów podrózowac, u nas do Obi w Westfalii na przyklad. Jasne, wszyscy w domach, w ogródkach, wielu nie chodzi do pracy, to zaczynaja rózne prace. A tutaj to zabronienie kontaktów na prywatnych gruntach. Czyli nie mozna np isc do wlasnej siostry, ale mozna spotkac sie z nia wlasnie w budowlance. Kompletne bezmózgowie.
Tak wiec juz wczoraj skorygowano, oczywiscie mozna sie odwiedzac, ale z zachowaniem ostroznosci, nie wolno np grylowac w grupie, chyba ze czlonkowie rodziny spod jednego adresu. Pogrzeby wylaczone z obostrzenia, nadal moze byc 10 uczestników, ale z zachowaniem ostroznosci, i nie tulic sie do siebie, chyba, ze pary. Z tym mozemy zyc. W tym czasie chadecy chca nieco poluzowac wlasnie przy pogrzebach, jako, ze to sytuacja wyjatkowa, i nalezy godnie pozegnac zmarlego.
Do 16 kwietnia mamy jeszcze 11 dni, zobaczymy, co bedzie do tej pory.
A za tydzien syn konczy mi 31 lat, w sama Wielkanoc.
Co bedzie z wesela latem, tez sie okaze. Slub ma byc w kazdym razie.
Dzisiaj Niedziela Palmowa, oczywiscie koscioly zamkniete, mialy byc wylozone w nich palmy do wziecia sobie, ale jednak odmówiono, nie wolno bylo wykladac, kazdy ma sobie sam zrobic, jak chce i ma taka potrzebe.
Wczoraj bylam na zakupach, musze niezle sie naglówkowac, co i w jakich ilosciach kupowac, zeby wszystko miec, a nie za duzo, zeby nie wyrzucac.
Po wielu latach, dokladnie 33, znowu stalam w kolejce. U masarza!
A potem trafil mi sie papier toaletowy, tom wziela. Bedzie dla ciotki, u nich stale brakuje. Emilii wzielam kuchenny krep, to tez taki towar deficytowy, ale przypadkiem spotkalam.
Ponoc z samego rana, przez dwie godziny sprzedaja jedynie starszym osobom, zeby mieli ci ludzie szanse, w spokoju zaopatrzyc sie w potrzebne rzeczy.
Podobnie SYSTEMRELEVANTE, czyli istotne w systemie, jak np ja. Dostalam nawet poczta taki glejt od pracodawcy, dalam sobie w folie i do torebki, jakby mnie policyjnie zatrzymali, to mnie zaraz przepuszcza. Z tym glejtem tez moge skorzystac ze specjalnych zakupów, i dadza mi nawet papier toaletowy spod lady. Jak w Polsce kiedys!
A policji to u nas mnóstwo, przeciez zawsze sie nazywalo, ze policjantów brakuje, a teraz jak mrówek. Z lasu wyskakuja!
Bo bylam przedtem wlasnie w tym szpitalu w Bad Pyrmont, zawiozlam personelowi slodycze i karte z datkiem do kawowej kasy, bo tak sie robi, my tez tak mamy na oddziale. Szpital lezy pod lasem, wiec wzielam ze soba Mirke i poszlysmy w kierunku wiezy Bismarcka, która tez jest aktualnie zamknieta, takze kawiarnia przy niej. Poszlismy w jej kierunku jedynie sie przejsc. Pogoda nadal piekna, sloneczna, idziemy, widze gdzies przez lyse jeszcze drzewa auto, ze jedzie, zdziwilam sie, bo to droga taka lesna, pomimo, ze asfaltowana, tam jedynie chyba tylko zapoatrzenie do restauracji moze byc wozone. Mirke na bok, bo tak jest nauczona, jak na waskiej drodze zbliza sie auto, patrze sie, a to policyjna suka. Patroluja las za wycieczkami. Oczywiscie przy mnie i Mirce nie zatrzymalli sie.
Naprawde dziwne i straszne sa te czasy, które nastaly.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Dzien dalej...

Mam tyle kochanych i milych ludzi kolo siebie...
A przeciez jak to sie mówi, w sumie sa oni "obcy".
W nocy przypomnial mi sie jeden kumpel taty, ze pewnie jeszcze nie wie o jego smierci, i postanowilam do niego z samego rana zadzwonic, zeby nie dowiedzial sie tego dopiero z gazety. Nie zasluzyl na to. Detlef podziekowal szlochajac. Jako, ze na pogrzeb moze przyjsc do 10 osób, a mam jeszcze wolne miejsce, bedzie to Detlef. U mojej mamy tez byl, ale to byla inna sytuacja, wtedy mógl kazdy przyjsc.
Rozmawialismy prawie godzine, o tacie, i o wszystkim, jak bedzie dalej, i co i jak ja mam w planie robic.
Przede wszystkim, sprzedac pól ogrodu, chce tego koniecznie, nawet za smieszna cene. Gdybym pozbyla sie tego tylu, bylabym przeszczesliwa.
Przedtem telefonowalam tez z urzedem ruchu drogowego, bo jest przeciez taty auto, które przeciez nie zatrzymam sobie jako drugie auto, bo po co. Pójdzie na sprzedaz. teraz musze tylko go przemeldowac na siebie, w sensie, ze jestem wlascicielem, laczy sie to tez ze zmiana ubezpieczenia. Zarezerwowalam sobie termin w drogówce na 23 kwietnia po poludniu, wiem juz, jakie papiery musze zabrac ze soba. Teraz tylko jeszcze musze przepytac w ubezpieczalni, ale to mam na miejscu.

Wczorajszy spacer z Dago nad jeziorkiem byc moze byl ostatnim jako takim mozliwym, gdyz w dzisiejszej gazecie czytam, ze inna atrakcja wycieczkowa w poblizu bedzie zablokowana, gdyz za duzo zbiera tam sie ludzi. Byc moze i to jezioro, i parking tez wkrótce zablokuja?


Wczoraj bylo tam kilkanascie ludzi, ale mozna bylo sobie swietnie schodzic z drogi. Na parkingu kilka aut, kilka dzieci na rowerach. Zobaczymy. To takie mile miejsce, nawet Dagmar  przyznala, chociaz ona raczej nie taka fanatyczka swiezego powietrza jest, a ma to jeziorko moze ze 3 kilometry od domu, i przyznala, ze ostatni raz to chyba ze 20 lat temu tam byla. Ale jak mi dzisiaj juz napisala, mozemy wycieczke chetnie powtórzyc.

Dzisiaj w nocy snil mi sie tato, wyjrzalam z korytarzowego okienka, z którego patrze na jego garaz, on tam siedzial na krzesle przed swoim autem, i pomachal mi, a ja sie ucieszylam, ze przeciez nie umarl, skoro tam siedzi i mi macha, i jest przy tym usmiechniety. 

środa, 1 kwietnia 2020

Tato


Tato zmarl wczoraj nad ranem. Akurat bylam w drodze do niego... bo lekarka dzwonila do mnie, jak obiecala... to byla ta druga mila Rosjanka. Niestety nie zdazylam dojechac, ale moglam jeszcze raz isc do niego. Lezal cieply, spokojny, bardzo byl podobny do dziadka, chyba przez te ogolona glowe...
Tak mi go brakuje, na kazdym kroku, tak dziwnie jest w domu, tak nierealnie spokojnie, telewizor nie gra, on nie chodzi, nie slychac zamykania drzwi, ogródek czeka na niego, i Mirka tez czeka, i czasami jeszcze patroluje, i jak mówie wieczorem, idziemy spac, to idzie pod drzwi jego sypialni.
Wszystko bardzo ciezkie.
I bedzie musialo sie toczyc do przodu, a ja zyc dalej. Bo taka jest kolej rzeczy.
Wczoraj i dzisiaj byl pan z zakladu pogrzebowego, dzisiaj dopielam reszte, wypisalam nekrolog do gazety regionalnej, wybralam urne, wysluchalam bicia dzwonu ku jego pamieci, którego bicie zawiadamia smierci kogos spomiedzy nas.
Emilia znowu zaprosila mnie na zupe. To taki serdeczny, czlowieczy gest!
Po poludniu otrzymalam znowu wiadomosc od pracowej kolezanki Dagmary, z zapytaniem, co jest, bo nie bylam w stanie z kimkolwiek mówic o wydarzeniach ostatnich dwóch tygodni. Napisala mi, ze domysla sie, ze jest cos z moim ojcem.
Postanowilam przemówic. W odpowiedzi Dagmar naplakala mi do telefonu, a potem spotkalysmy sie nad jeziorem, obeszlysmy go wzdluz i w poprzek, i dlugo rozmawialysmy o wszystkim. To bylo dobrze tak.
A teraz mam w sumie wszystko zalatwione i naprowadzone na droge, oczywiscie tez mialam rozmowe z policja kryminalna, gdyz tato zmarl po upadku. Te wszystkie procedury, ja je znam, mnie nie szokuja, ale w sumie jest to straszne. Pan z zakladu pogrzebowego tez rozmawial z komisarzem i dowiedzial sie, ze akta sa bezproblemowe.
Pochówek taty zaplanowany na czwartek po Wielkanocy, to jest dzien slubu moich rodziców.
Niestety urna nie moze isc do grobu mamy, wiec pochowam ja po drugiej stronie sciezki, czyli niedaleko obok siebie, w zasiegu wzroku. Próbowalam negocjowac, niestety nie mozna i nic nie da sie zrobic. Ale mysle, ze wszystko inne jest wazniejsze, niz to, gdzie trafila jego urna. Mysle o naszych ostatnich osmiu miesiacach, jak zylismy razem w domu, jak razem wszystko robilismy, jak sie uzupelnialismy, razem wszedzie jezdzilismy, i jak dobrze nam ze soba bylo, bo jedno troszczylo sie o drugie, a pomiedzy nami biegala Mirka, która sprawiala mojemu tacie tyle radosci; jak dobrze, ze ona jest, i jak 6 lat temu tato zaczal przebakiwac o malym piesku, Mirka rak szybko nam sie przytrafila. To wszystko jest wazne. Inne rzeczy przemijaja, ale uczucia zostaja.

Myslalam nad forma nekrologu, co napisac jako motto. Jako, ze tato byl Slazakiem, myslalam najpierw o wersach Eichendorffa, "gdy dusza rozpina szeroko swoje skrzydla i leci, jakby wracala do domu", do ojczyzny, na Slask. Potem pomyslalam, ze tato lubil Slask do konca wojny, potem nie bylo mu tam dobrze, w koncu opuscil swoja ojczyzne, i tutaj znalazl nowa, i znowu bylo mu dobrze. I jak tak myslalam nad tym wszystkim, co mi opowiadal, i nawet calkiem niedawno, gdy widzial te dzieci w greckich obozach uciekinierów, bo sam jako dziecko przezyl wojne, i wszystko, co bylo potem... wiem, ze kilka razy uszedl z zyciem, czy to wtedy, gdy przechodzil front, i ruski zolnierz przebil bagnetem jego malego pieska, oszczedzajac jednak jego, czy potem, gdy w piwnicy komisariatu milicji palkami uczono go mówic po polsku, czy potem, gdy przeszkodzil zaplanowanemu mordercy podpalic dom i zabic tym spiace tam dziecko, czy po wypadku, gdy lezal z pogruchotanym kregoslupem, potem ciezkie choroby, operacje, do tego kilka razy zaczynal od nowa z pustymi kieszeniami, takze juz z mama, gdy byl wyobcowany, i teraz ostatnie dwa tygodnie, gdzie mial to szczescie, trafic wlasnie do tego szpitala, gdzie mial super opieke i pielegnacje, co dzisiaj w Niemczech wcale nie jest regula... i nawet ja moglam isc do niego, co wcale nie jest teraz najzwyczajniej normalne... mial mój tato szczescie, i sily wyzsze zawsze nad nim czuwaly, co sam wiele razy mówil.I jakby nie bylo zle, zawsze wychodzil na prosta, czy jeszcze sam, czy z rodzina. Bo czul sie zaopiekowany.

I dlatego wlasnie zamiast Eichendorffa- "w której potrzebie, laskawy Bóg, nie wzial cie pod opiekuncze skrzydla".