Jeszcze dzisiaj odbyły się ostatnie bale karnawałowe, z tradycyjnym wystawieniem za drzwi gości punktualnie o północy za drzwi. Ostatnie pączki też zjedzone, a ja znalazłam kolejny wierszyk na temat.
Dla wyjaśnienia, nie władam śląskim jako takim, bo pochodzę z innego regionu Górnego Śląska, gdzie mówi(ło) się jeszcze inaczej- śląskim etnolektem, nazywanym czasami "Wasserpolnisch", czyli rozwodnionym polskim. Jednakże nie mam problemu z, i rozumiem ślunskom godke.
Dzisiaj jestem w formie kobyły po Wielkiej Pardubickiej, wczoraj miałam dyżur nocny, przed nim nie dałam rady poleżeć nieco i się pobyczyć, bo nas obsiadły muszki owocówki, w salonie, które tępiliśmy pół dnia, ja z czyszczeniem okna (tarasowego) i praniem 5- metrowej firanki. Po tej akcji do pracy, na szczęście dyżur był w sumie ok jak na internę, rano szybko podzieliliśmy się zajęciami, Tobi piekł mięso i sernik, zrobił jeszcze pozostałe zakupy, ja ukulałam kluski I przyrządziłam czerwoną kapustę, I poszłam o wpół do dziewiątej spać, a wstałam już o wpół do pierwszej, bo nasz gość się zjawił. To dawny kolega Tobiego z pracy, dokładniej sprzed trzech pracy.
Ale w sumie dzień minął nam miło, I Mirka też się ucieszyła z długiego spaceru w troje ludzi i jednego psa. Ta to ma życie, Tobi zbudził jak wpół do jedenastej w południe.
Tak więc- dobrej nocy!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz