☺️
Wstaliśmy po ósmej rano, bo na po śniadaniu byliśmy umówieni do sąsiada. Chodzę opatrywać mu ucho i nos. Rano przyjeżdża tam pielęgniarka do jego żony, która jest po wylewie, ale w międzyczasie dobrze na nogach z balkonikiem, ale ma też demencję. Sąsiad jest rocznik 38 i ma białego raka skóry na głowie, normalnie chodzi na opatrunki do swojego lekarza rodzinnego, za rogiem, ale z powodu tygodnia ferii w szkole na konto karnawału i odpoczynku po nim, dzieci mają wolny tydzień, a doktory urlop.
Ucho nie wygląda ciekawie, z tyłu tworzą się w ranie zaułki, na nosie brakuje kawałka dziurki; Charly ma na środę termin w klinice, a żona idzie na tydzień do stacjonarnego ośrodka. Póki co, chodzę do nich co drugi dzień opartywac, powiedziałam mu, że możemy i codziennie, a jakby coś się działo z opstrunkiem, to może zawsze dzwonić, ja jak faktycznie byłabym w pracy, to po godzinie 22 też przecież mogę wpaść do nich. Ale on nie chce nadużywać mojego czasu. I tak go przekonałam, że co trzeci dzień, to definitywnie za rzadko.
Po Charlym poleciałam z Mirką ją wypróżnić, I przy okazji kupić weekendową gazetę. Na pierwszej stronie zobaczyłam nowo narodzone trojaczki, ale poczytam później. Odstawiłam Mirkę do domu, po spacerze wymyłam jej dupsko i podwozie, czym ją znieważyłam, i pojechałam na zakupy do Lidla, bo trochę artykułów się kończyło, a nie lubię lecieć na limicie. Jajek, mleka czy warzyw.
Zaczęłam zajmować się obiadem, jeszcze przed mirkowaniem utluklam schabowe, do nich frytki z batatów- akurat w Lidlu były taniej, do tego zielona sałatka. Przystrzyglam Tobiemu fryzurę, ogarnęłam łazienkę i dogotowalam obiad.
Po obiedzie zebrałam pranie, nieco wyprasowałam, wszystko powędrowało do szafy. Przepatrzyłem reklamy na nadchodzący tydzień, co nieco zanotowałam.
I tak nadszedł najfajniejszy czas w sobotę po południu, a mianowicie wyprawa do biblioteki, z dzierganiem. Po drodze oddałam też akurat przeczytaną książkę Folletta, Stonehenge.
Na dzierganiu i nie tylko było nas 7 babek. Dostałam od Maureen nowy adres sklepu z materiałami i wełną w Bamberg na Brennerstraße, a od Mony przypomnienie jutrzejszej imprezy u Jacka, na której będę jednak tylko do południa, ale załapie się na białą kiełbaskę z preclem.
Krótko po 17 byłam z powrotem, tęsknię wyczekiwana przed odobrażoną Mirkę, I z buta poleciałyśmy na spacerek, jeszcze w jasnym. Po drodze pogadałam z Arletą, która wybierała się do kogoś na urodziny.
W międzyczasie poczytałam gazetę, a więc te trojaczki są jednojajowe, urodziły się przez cesarkę z końcem stycznia, a nazywają się Zakariya, Yaaquoub i Ayoub. Czyli Zachariasz, Jakub i Hiob.
Faktycznie mają takie same uszka 🙃
No nic, idę posiedzieć przed telewizorem, podziergam nieco sweter, akurat na pierwszym rękawie jestem, oczywiście rękaw na 5 drutach robię. Dosłana przez Gackową wełną wspaniałe wkomponowała się w kolorystykę. Jak ten raglan skończę, zaczynam kolejny, i szalochusta też na drucie jest, jako mniejsza, odprężająca robótka.
Jutro i w poniedziałek pracuję na po południu, mam nadzieję, że będzie spokojnie.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz