środa, 18 maja 2016

A jednak mam te deficyty

W spólgloskach. Na ostatnim dyzurze przyszla nowa pacjentka. Kolezanka Ortrud z izby przyjec, jak nalezy, poinformowala mnie wczesniej, ze zaraz przyjdzie pani Rossmann. Slysze: Rossman, jak drogeria. Pani Rossman przyszla, czy raczej przyjechala na lózku, i Ortrud mi ja, lezaca, przedstawila, oto pani Rossmann. W papierach doczytalam jednak GRossmann!
Mam czasami problemy ze spólgloskami, zalezy to od mówiacego. G to taka chuchana spólgloska, przynajmniej dla mnie. Mój implant ma zakres od 70 do 8500 Hertz, co jednak nie znaczy, ze jestem w stanie tym implantem wszystkie tony wylapac i przerobic.
Nauka sluchu przy implancie to wiele cwiczen, w sumie trening do konca zycia. I jak to juz jest, kiedys i ostatni dotra do mety. Warto cwiczyc sluch i porównywac to faktycznie zaslyszane z tym, co naprawde bylo powiedziane, czyli miec przed soba tekst tego, co mówione. Przypomina mi to moje treningi na stronie www z bajeczkami dla dzieci, które czytano, a obok byl tekst, który sobie porównywalam, czyli to, co slyszalam, a co mialam uslyszec. Chociaz przy bajeczce o jakiejs tam królwenie, która co wieczór przyplywala gdzies tam perlowym stateczkiem, dostalam po lapach od audiolozki, nadzorujacej trening. Bo ja za Chiny nie slyszalam "stateczek", lecz po prostu "statek", i to mnie mierzilo. To typowe niemieckie zmiekczenie, czyli do statka- Schiff- u - dolaczone -lein. Schifflein. Ja "lein"-u nie slyszalam, jedynie Schiff. I wtedy audiolozka przypomniala mi, ze pomimo implantu, który moze funkcjonowac jak ta lala, ja do konca zycia mam uposledzone slyszenie, jestem niedoslyszaca i koniec. I ze wcale nie powinnam miec ambicji, chchiec slyszec jakby lepiej od normalnie slyszacych. Cokolwiek normalnie slyszacy znaczy. Normalnie slyszacy tez nie zawsze wszystko slysza.
W miedzyczasie bajeczka o królwenie z perlowym stateCZKIEM nie sprawia mi problemów, ma sobie faktycznie stateCZEK, nie statek ;) ale pani Grossmann przypomniala mi, ze mój elektroniczny sluch ma swoje granice. Ostatnio troche o tym zapomnialam.

Tak na marginesie, w piatek jade do Getyngi, gdzie chyba od razu wstrzykna mi botoks. Nie, nie z powodu zmarszczek na gebie, lecz po to, abym ja, pocaca sie wlasciwie tylko na glowie i pod wlosami, mniej sie pocila i nie zalala procesora badz aparatu sluchowego. Zobaczymy, co moja kasa chorych powie na temat kosztów, które pokryc powinna.

Jurto musze tez sie wybrac do urzedu finansowego z lezacymi od... dni papierami z oswiadczeniem podatkowym za zeszly rok. Przy okazji wstapie do pewnego sklepu po drodze, bo pozegnalam jedne spodnie dzinsowe, i wartalo by mi je zastapic.

Kwiaty na piecdziesiate urodziny kolezanki z pracy zamówione, do spólki ze Steffi. Prezent bedzie oddzialowy, zebralysmy pieniadze, ktos ma je fajnie zaaranzowac, bo ma sie zostac przy tych banknotach. Myslalam nad tym, w sumie z ta konczaca piecdziesiat lat kolezanka pracuje juz kupe lat, 15, 20? - i w sumie nie mam pojecia, z jakiego oryginalnego prezentu by sie ucieszyla. Nie znam jej upodoban, czy to czytelniczych, czy innych, nie znam hobby, oprócz tego, ze kiedys z malymi córeczkami chetnie cos tak produkowaly, dekoracje na swieta, ogólnie dekoracje domowe. Ale czy teraz to jeszcze robi, nie mam pojecia.

Wczoraj zaczal mi sie wolny tydzien, tym razem ma on 9 dni. !!! Super!! W sumie do soboty mam poprzez podatki, Getynge, urodziny, a wczoraj i dzisiaj gastroskopie ojca, te dni dobrze wypelnione. Oddech bedzie od niedzieli, potem chyba bede musiala sie wziasc za jakies prace domowe i przydomowe. Odkurzyc auto, wyczyscic okna. Juz chyba wszystkie choinki przekwitly, ten gruby, zólty pyl to jest katorga na oknach w dachu. Kulinarnie jestem leniwa, dzisiaj byly buchty- gotowce z Kauflandu:


Duszone i nadmuchane w patelni z mlekiem, cukrem i maslem. Wystarczy polac sosem waniliowym i posypac makiem- gotowcem z torebki przy buchtach. Notabene Kaufland sprzedaje tez pierogi ruskie i z miesem. Do miesnych mam objekcje, ale ruskie sa ok. Troche za duzo soli, no ale ja bezsolna, to kazde ziernko wyczuje. Prawdopodobnie sa wysmienicie ta sola doprawione. Do tego kwasna smietana i piekne jedzenie- smietana zabija troche te sól ;)

Psia szkólka byla dzisiaj "po miescie", chodzilismy przez droge w tam i nazad, naprzeciw rowerzystom, matkom z dziecmi w wózkach i takie tam. Miroslawe najbardziej obciazalo, ze bylo nas 12 psów, a ona takiej gromady nie cierpi, bo i kazdy sikal, i nie szlo nadazyc przesikac. Rowery i dzieci jej nie interesuja, czyli bezproblemowo, jedynie motory, motorynki i inne takie glosne namietnie opierdala szczekiem. Nie cierpi warkotu- wizgotu i koniec.

W zeszlym tygodniu w szkólce poznalysmy szczególny smakolyk, jak to bywa, jedna kupila swojemu (niesluchajacemu sie) psiakowi, wszystkim innym przy uzywaniu oczka sie wybaluszaly i nosy chodzily, a dzisiaj juz chyba wszyscy mieli ;)



Mircia oczywiscie tez, bo panca orzekla, ze Mircia przeciez sroce spod ogona nie wypadla, i tez bedzie miala ;) i wczoraj przy okazji przejazdu przez wieksze miasto z ekstra sklepem dla piesków, nabyla. Wyglada toto jak dezodorant z kulka, jest o smaku bekonu- sa tez z kurczakiem i rybne- i ma sladowa ilosc kalorii. Dokladniejszego skladu panca udaje, ze nie dowidzi ;) 

11 komentarzy:

  1. Chyba nie ma ludzi słyszących zawsze i wszystko. Czasem to słuch selektywny, czasem mówiący nieco bełkocze, czasem nieuwaga.
    Może i moje na ten lizany smakołyk się załapią?
    Jak o kuchnię chodzi to i ja się lenię i pomysły mi się kończą. Jak co roku o tej porze.

    OdpowiedzUsuń
  2. I tak sporo współpracowałaś z aparatem,same pójście na operację wszczepienia tego aparatu -to odwaga niesamowita z Twojej strony,podziwiam a takie małe niedosłyszenie ?to ja chyba już gorzej słyszę.Ciekawa ta wasza szkółka,fajnie opisujesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urszulo, jesli cos ci sie dzieje ze sluchem, goraco polecam zajecie sie tym problemem, gdy czlowiek niedoslyszy, duzo spraw go omija!

      Usuń
  3. kobietawbarwachjesieni:
    Bardzo ciekawe jest to, co piszesz o swoim słuchu. Mircia nie mogła lepiej trafić. Brakuje jej tylko ptasiego mleka. I jak tu nie wierzyć w los szczęścia. Najpierw była bezdomna, zaniedbana i los się do niej uśmiechnął.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mirka juz i ptasiego mleka próbowala :D

      Usuń
  4. Widzę, że tu dużo ciekawego się u Ciebie na blogu dzieje. Mirosława - piękne imię dla psiej dziewczynki :)
    A dezodorant o smaku bekonu jej wyraźnie smakuje ;)
    Pozdrawiam serdecznie :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miroslawa wlasciwie jest Mira. To jej drugie z kolei nadane imie. Pierwsze bylo Mrvica, co po bosniacku znaczy Okruszek. Bo tak wygladala, mala, zabiedzona, gdy ja zabrano bezdomna z ulicy. To imie ma tez w paszporcie. Pierwsza pani, która sie ni azajmowala w celu "odcharkania" jej, zaczela nazywac ja Mira. Postanowilam pozostac przy tym imieniu, ale z czasem zrobila sie Mircia, Mirka, a bardzo lubi, gd yzwraca sie do niej per Miroslawa wlasnie. Na Mrvica nie reaguje juz wcale, zreszta jaki z niej juz Okruszek ;) Gdyby ja teraz znalezli na ulicy w Czechach, nazwali by ja raczej Knedliczek ;)

      Usuń
  5. No to naobraca się językiem, oj, naobraca! Ale widać, że jest zadowolona. :) BBM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I jak slicznie przy tym baluszy oczka ;)

      Usuń
  6. Uśmiałam się z tego "Mircia oczywiście tez ma smakołyk"...postępujesz z nią tak jak ja z wnuczką - inne dziewczynki mają jakąś zabawkę, Wiktoria też musi mieć;))))

    OdpowiedzUsuń