Ale, że... obciążenie genetyczne, to dostane po Wielkanocy EKG na 25 godziny, i do kardiologa mam pójść z tym wszystkim; muszę zrobić sobie ten termin na wizytę, w Hirschaid tym razem. Na echokardiografię. Tak o na wszelki wypadek. I w naczynia szyjne ma mi sonograficznie zajrzeć.
Przy następnej kontroli krwi, HbA1c, długoterminowy poziom cukru. Też mam cukier w porządku, znaczy na czczo, ale obciążenie genetyczne, a czego najbardziej się boję, to cukrzyca za ileś lat, działanie się w palce i jeszcze być może, insulina na dokładkę. Tego w życiu i nigdy, bo ja nie dam rady sama się kaleczyć.
Jednym zdaniem, lekarka stawia mnie na przysłowiowej głowie, aby wszystko wybadać i ucieszyć się z super wyników.
To był pierwszy akt. Pognałam do domu pod prysznic, po czym zaprzęgłam moją Fabię i pojechałam do Bad Staffelstein, do akustyczki, z moim aparatem słuchowym, na obligatoryjną, co kwartalną kontrolę. Na życzenie podglosnila mi trochę, ale chyba dam znowu ściszyć, bo mi telewizor skrzeczał.
Z Bad Staffelstein pojechałam kilka kilometrów dalej, przepisać u ortopedy skierowanie do neurologa, bo nowy kwartał. 11 kwietnia mam w Bamberg ową wizytę u neurologa, będzie mi mierzył te impulsy i przepływ w moich otępiałych i w niektórych palcach nieczujących rąk.
Jak już tam byłam, a Lichtenfels lubię bardzo... niestety czas mnie gonił, i znowu nie miałam szans podskoczuc do Michelau, ponoć świetny sklepik wełniany tam jest... ale trudno, inną razą, że tak powiem.
Z powrotem w Zapfendorf, pognałam na fizjoterapię, tym razem masaże odcinka szyjnego, szczególnie lewa strona.
Na fizjo mam bliziutko, nawet nie 10 minut piechotą, więc szybko byłam z powrotem, zjedliśmy coś w sensie małego obiadu- pieczone kartofle, jajka, trochę sałaty, i zaczęliśmy się zbierać do kościoła.
Świątynia była pełna, zabrakło śpiewników, przypomniało mi się, że już dawno miałam sobie zamówić tutejszą diecezjalną wersję Gotteslob, bo moje obie, jedna pierwszokomunijna syna, druga z większym drukiem po mamie, są z Hildesheim, I mają inna wersję późniejszych, końcowych pieśni.
Msza z chorągwiami i fanfarami. Potem poszliśmy pod pomniki, pierwszy to ofiar wojny, do których zalicza się i tych 23 zabitych 1 kwietnia 1945 mieszkańców wsi. Mszę celebrował dwóch księży, jeden z nich miał wtedy rok, i w ten dzień zabito jego ojca i brata bliźniaka.
Potem udaliśmy się pochodem w kierunku dworca, gdzie stoi trochę dziwny pomnik ku pamięci, i dobrą tablica informacyjna o wydarzeniu.
Na sam koniec odbyło się jeszcze spotkanie z poczęstunkiem dla wszystkich w domu parafialnym, to ten z prawej, ale nie mieliśmy już sił na resztę, poszliśmy do domu, w ciepłe,
Mirka też już znudzona czekała na nas.
Mimo tych wszystkich terminów, wypraw i wrażeń, i zwiazanego z tym zmeczenia, długo wieczorem nie mogłam zasnąć, I czytałam do późno w nocy. Tegoroczne przestawienie czasu na letni dalo mi w kość, jak nigdy do tej pory.
No faktycznie ten pomnik nieco dziwny jest. Te zmiany czasu z zimowego na letni są jak dla mnie masakryczne - co śmieszniejsze, to ja znacznie lepiej funkcjonuję w czasie zimowym a nie letnim. Już kolejny rok przymierzają się do zaprzestania zmian czasu, no ale ponoć najbardziej za istnieniem letniego czasu optuję....Włosi. Serdeczności;)
OdpowiedzUsuńanabell
Dziwny, ale zrobiony ze złomu po tym pociągu, to była masa złomu, kilka osi w zeszłym roku widziałam, wygięte jak miękki makaron.
UsuńPrzy czym byłybyśmy przy Włochach, jasne, om bardziej na południe, tym szybciej ciemno w lecie, jasne. Mi byłoby wszystko jedno, na jaki czas by się zdecydowano, oby to przestawianie dwa razy do roku się skończyło.
Pozdrawiam do stolicy!
Może właśnie za dużo tej aktywności naraz i organizm nie mógł się wyciszyć?
OdpowiedzUsuńCzasami tez tak mam, dlatego unikam późnego kina, imprez i dalekich wycieczek...
Być może, bo w sumie ostatnie dni były pelne i ekscytujące. Wczoraj pod wieczór grzebałam w ogródku, słuchałam podcastu, usunęłam 2 wiadra chwastów, spałam dobrze po tej akcji. Dużo dają mi spacery z Mirką, dyskusje z nią rozbawiają mnie. Zaczynam szukać czasu na więcej czytania. Jutro tutaj noc bibliotek, nasza miejscowa jest otwarta 3 godziny po południu, ale z kawą i ciachem, znaczy się towarzysko- kontaktowo, idę. A potem być może, pójdziemy na ciężka tematycznie wystawę, o deportacjach w latach 40tych. Ta jest kolo Bamberg. Pozdrawiam serdecznie.
UsuńZazdroszczę, że tak swobodnie potrafisz pisać o swoich problemach zdrowotnych. Mnie endokrynolog szykuje do operacji. Wymyślam sobie zajęcia, żeby zagłuszyć strach, ale on gdzieś się ciągle czai z tyłu głowy. Staram się nie dramatyzować, powiedziałam jednej koleżance, zaraz zainteresowała się druga. A takie nagłe zainteresowanie wynika najczęściej jedynie z ciekawości. Czy tak czy siak człowiek jest sam w takich chwilach. Ale jestem wierząca i liczę na Bożą opiekę.
OdpowiedzUsuńO. Ważne, aby bliscy byli obok, w takich momentach. Ktoś, z kim możesz porozmawiać, u kogo wiesz, że szczerze się przejmujesz. A siły wyższe też mają swoją moc. Najlepszego życzę!
UsuńStruś pędziwiatr to słabe określenie, tyle spraw ogarnąć, emocji dużo to i sen nie chciał przyjść, zmiana czasu zawsze mnie ogłupia.Pięknie uczczona pamięć, pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńUrlop jak nie wiem co, ale też trochę odpoczynku na drutach sobie organizuje, aby trochę oddechu złapać. Szal trójkątny z tej ponczowej wełenki, powinien wyjść milutki. Pozdrawiam Ula!
Usuń