poniedziałek, 5 stycznia 2026

155. Oberhaid i Gundi

Dzisiaj spędziliśmy ponadplanowo pół dnia w Bamberg, a drugie pół w Oberhaid. Tobi miał wizytę u neurologa, po niej ruszyliśmy nieco w miasto, odwiedziliśmy kultową karczmę Schenkerla, zobaczyliśmy 3 Królów na Lange Strasse- to coś w rodzaju kwesty, tu nie ma księdzowej kolędy. 

Nasi miejscowi 3 Królowie byli u nas wczoraj. 

Bamberg powitał nas piękną,  słoneczną i mroźną pogodą, i zażądał 10 euro za trzy i pół godziny parkowania auta na Georgendamm. Ja tam już wiem, dlaczego pociągiem do miasta wjeżdżam. 

Choinka przy Neptunie na Grüner Markt. Stragany stały, ale mniej ich było niż jeszcze na końcu października, brakowało tych kwiacianych. 

Pojechaliśmy "po drodze" odwiedzić nieznaną mi do tej pory osobiście, byłą drugą żonę i wdowę kuzyna Tobiego, kilka kilometrów dalej, w Oberhaid. Gundi jak sama stwierdziła, jest ciekawską osobą i obserwowała mnie od jakiegos czasu na insta, konkretnie odkąd się dowiedziała, że przeprowadziliśmy się do Górnej Frankonii. Nawet przysłała mi wiadomość, kim jest, i że Tobi jest chrzestnym jednego jej syna. Także nas serdecznie do siebie zapraszała, no i dzisiaj wpadlismy bez zapowiedzi, bo jak stwierdził Tobi, Gundi jest gościnna, bezproblemowa i na emeryturze, więc na pewno ma czas i jest w domu. 

Wszystkie przepowiednie sprawdziły się. 

Poznałam faktycznie niekonwencjonalną kobitkę, starszą ode mnie o zaledwie 7 lat, więc semestry nie tak bardzo od siebie oddalone. Gundi też namiętnie robi na drutach i szydełku, do tego szyje.  Zapowiedziała, że pokażę mi swoją "pracownię", a więc dawny pokój dziecinny, wzdłuż ścian regały z wełną różnych gatunków i kolorów, do tego osprzetowanie, guziki, koraliki; jedna ściana pełna regałów z belami materiałów, normalnie pasmanteria. Aktualnie Gundi wydziergała multum czapek i mitenek, miałam sobie coś wybrać, i wzięłam takie, które w życiu bym sobie nie wydziergałam, a spodobały mi się bardzo. 

Będę nosić, jak temperatury pójdą nieco w górę. 

Do tych mitenek dostałam też książkę o dzierganiu z koralikami i prikaz nienabywania gdzieś jakichś koralików,  bo u niej na kilogramy, różnych kształtów i kolorów. I zaproszenie na przyjechanie i wspólne dzierganie i wymianę zdań na temat SAMEJ.

No to ok... będzie się działo. 

Póki co, jutro oficjalnie 3 Króli i święto, idę do pracy na mój obligatoryjny popołudniowy dyżur, chyba na geriatrię. Wczoraj byłam na internie, było nas pięcioro na dyżurze, pomimo trochę pracy luzik, a na kolację zamówiliśmy sobie pizzę, aby jakoś powitać ten nowy rok. Krótko po dziesiątej byłam w domu. Takie dyżury są świetne. 


7 komentarzy:

  1. Ciekawa tradycja z tymi Trzema Królami we wcześniejszym czasie. I nas pochody będą dopiero jutro. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  2. Co za znajomość, pokrewne dusze zawsze do siebie trafią:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajna rodzinka, masz z kim dziergać a mitenki cudowne, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nawiązałaś świetną relację. A prezent super!

    OdpowiedzUsuń
  5. Boszsz.. przez chwile myślałam, że odwiedzaliście byłą żonę Tobiego:) Ufff... byłą żonę kuzyna Tobiego, co za ulga:) Moja przyjaciółka ze swoim partnerem odwiedzają się z jego byłą żoną, co dla mnie jest trochę chore (dla mojej przyjaciółki też...)
    Do niedawna lubiłam pracować w święta, teraz już nie, bo jest zazwyczaj dwa razy więcej roboty niż w dzień powszedni

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo przyjemnie czytało mi się Waszą opowieść o Bamberg i Oberhaid. Lubię, gdy ktoś opisuje miejsca i ludzi z takim luzem i detalem – od parkowania w centrum, przez choinkę na rynku, aż po odwiedziny u Gundi. To, jak pokazujesz charakter tej kobiety i jej pasję do dziergania, sprawia, że od razu ją sobie wyobrażam.

    Ciekawi mnie, jak takie nieoczekiwane wizyty potrafią odmienić dzień. Widzę, że Gundi to osoba, przy której można poczuć się swobodnie, a do tego czerpać inspirację z jej energii i kreatywności. Świetnie, że udało się połączyć te spotkania z codziennym rytmem pracy – dyżury, kolacja, powrót do domu – bo to pokazuje życie w pełnej skali, z małymi i większymi radościami.

    Szczególnie podoba mi się fragment o „pracowni” Gundi – taki domowy warsztat, pełen pasji i talentu, a jednocześnie otwarty na innych. To chyba jedna z tych wizyt, które zostają w pamięci, nawet jeśli początkowo miały być spontaniczne.

    Dzięki za tak szczegółową relację – poczułem, jakbym towarzyszył Wam w tej wycieczce i spotkaniach. Chętnie poczytam więcej o tym, jak dalej potoczyły się Wasze górnofrankońskie przygody.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziergać nie umiem, ale zajmuję się scrapbookingiem. Na widok artykułów papierniczych dostaję ślinotoku. Tak chyba musiałaś się czuć w tej "pasmanterii".

    OdpowiedzUsuń